Monday, 9 July 2012

Open'er 2012/ post-erasmus depression syndrome

Wyciągam zwinięty w rulon i dokumentnie przemoknięty line-up z posklejanymi stronami i lecimy!

Na próżno szukam jakiś punktów wspólnych z zeszłorocznym open'erem, bo poza pogodą wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Począwszy od zasobów ludzkich, po ogólne wrażenia artystyczne. Ruszyliśmy z Łodzi pociągiem niemalże w środku nocy (6:02) w mistrzowskim składzie (Daniele, Mathieu x2, Gwen i Sylu) i prawie bez przygód (gubienie legitymacji, gubiące się taksówki, brak numerów, przestawiony zegarek uff, Święte Mikołaje, Superman i R2D2) dotarliśmy do Gdyni, by zostawić bagaże chłopaków z przechowalni (dobytek z całego semestru erasmusa), zjeść coś i doczłapać się na pole. Choć nie padało (jeszcze), to już na głównej drodze campingu robiło się nieco bagniście i tak jak wtedy założyłam kalosze, tak prawie ich nie zdjęłam do samego końca.
Udało nam się znaleźć z Darią (mentorką Mathieu) i pierwszy wieczór spędziliśmy w Gdyni, a potem, spotykając znajomych starych i starszych oraz poznając randomowych ludzi, na polu namiotowym (ot, taka openerowa tradycja). W międzyczasie wywiało nas pod ciężarówkę Redbulla, gdzie spotkałam się z pierwszą pozytywną niespodzianką tego openera. Freaks On Floor przynieśli nam kilka minut naprawdę fajnej zabawy, że już nie wspomnę nawet o walorach estetycznych w postaci wokalisty podobnego do Gerarda Pique, poruszającej choreografii i głosie przypominającym momentami wokalistę Kings of Leon.

Drugi dzień pobytu przywitał nas deszczem, więc kiedy szliśmy po Martę, to pole namiotowe już zaczynało płynąć. Dużo będzie tych dygresji o błocie, z góry przepraszam.

zdjęcie robione tosterem.

Po obiedzie w Gdyni i opracowaniu perfekcyjnie wodoodpornych i jakże stylowych outfitów (folia + kalosze zawsze spoko) względnie ogarnęliśmy plany koncertowe. Zaczęłyśmy od drugiej połowy Fisza i Emade. Z przyjemnością posłuchałyśmy '30 cm' na dobry początek openera, a potem dziewczyny wysłuchały mojej kilkuminutowej tyrady (pierwszej na tym festiwalu):'jak to nie było na koniec czerwonej sukienki?!' [Inne bolące mnie tematy to: 'Czemu znowu nie mam festiwalowej gazety?!', 'Czemu mam wodę w kaloszach?!', 'Czy wszyscy muszą kąpać się na raz?!', 'Jak dopłynąć do namiotu?!', 'Czy ktoś mu uprzejmie wytłumaczył, żeby najpierw pytał się tych dziewczynek o wiek?!', 'Która to TA Magdalena od pająka?!' i tak dalej...]

Koncert The Kills to dla mnie głównie cudowna Alison i równie cudowni bębniarze. Mimo, że znam dokładnie jedną ich piosenkę, to miło było popatrzeć na perfekcyjne, dopracowane ruchy stojącej z tyłu czwórki mężczyzn i zupełnie przeciwnie: spontaniczne, dziwne, a przy tym hipnotyzujące zachowania wokalistki. Jak uciekałyśmy, to akurat zagrali 'Sour Cherry', także byłam w pełni ukontentowana ;)

A uciekałyśmy szybko bo w Tencie grał Yeasayer. Może niech ta wersja mojej ulubionej piosenki wypowie się sama za siebie:


Od kiedy Sylwia puściła mi ich po raz pierwszy, momentalnie zakochałam się w ich płycie live i absolutnie ten koncert mnie nie rozczarował. Szczególnie, że i ludzie stojący w naszej najbliższej okolicy jakoś czuli po co się tam znaleźli. 

Po tym koncercie udało nam się odnaleźć z chłopakami (a biorąc pod uwagę, że już wtedy większość miała rozładowane telefony, to wcale nie było takie proste) i już razem poszliśmy na moment posłuchać Bjork. Lekko nadszarpnęłam tym kaprysem cierpliwość ukochanych francuzów, ale przeboleli kilka utworów, ja zacieszyłam z 'All is full of love' i zgodziłam się na powrót do tentu. Za mało Bjork słyszałam, żeby się wypowiadać na temat całego koncertu, ale niezaprzeczalnie brzmiała jak wróżka i cała oprawa miała w sobie coś magicznego. Inna kwestia, że spodziewałam się, że będzie to coś bardziej poruszającego, ale może właśnie w tym cały urok.

Z maina ruszyliśmy z powrotem do tentu, zatrzymując się po drodze na chwilę na Gogol Bordello (nie rozumiem ochów i achów, zarządziłam dalszy marsz), by wylądować na The Ting Tings [goosbumps!]. Sam koncert byłby ekstra, gdyby nie to, że akurat stanęliśmy jakoś koło ludzi, których ktoś tam wysłał chyba za karę i mimo ciągłego przesuwania się do przodu, nie mogliśmy trafić na lepsze otoczenie. Mimo tego oczywiście impreza na 'Shut up and let me go' czy 'That's not my name' była nieziemska.

Ten długi, pierwszy dzień postanowiliśmy zakończyć spełnieniem marzenia Mathieu i wybraniem się z nim na koncert Wiz Khalifa (który przez nieporozumienie, w jednym z naszych namiotów dostał pseudonim 'Łódź Kaliska'). Po raz kolejny się miło zaskoczyłam, bo, poza uporczywie tkwiącym mi w głowie 'Black and yellow', znałam jeszcze kilka piosenek (o czym wcześniej nie wiedziałam :)), a koncert był bardzo pogodny i stanowił ładne zakończenie dnia.

Początki pola namiotowego, kiedy nikt jeszcze w jeziorach na nim nie łowił ryb. 

Drugiego dnia festiwalu przywitało nas piękne słońce, więc w nieśmiertelnych kaloszach wypłynęliśmy z pola namiotowego w kierunku Sopotu. Wypiliśmy kawę, posiedzieliśmy na plaży, odwiedziliśmy pizzerię, w której byliśmy w maju i już się zbieraliśmy z powrotem... Najpierw próbowałyśmy z Martą ogarnąć koncert Penderecki// Greenwood, ale po dwudziestu minutach uznałam, że 'trzeba ponownie zdefiniować alternatywę' i raczej na dalsze słuchanie nie mam nastroju. Spacerem ruszyłyśmy by zobaczyć co fajnego śpiewa Jamie Woon, ale ja znowu po jakimś czasie zarządziłam odwrót, zeby stestować silent disco i zdążyć na Major Lazer

Gorąco polecam cały koncert (jak ktoś ma wolne półtorej godzinki czasu rzecz jasna. Jak nie, to ściąga: proszę sobie włączyć minutę 15, KONIECZNIE 25, i 1:24). To co się tam działo, to czyste szaleństwo. Jeśli chodzi o energie wśród publiczności, to myślę, że koncert dorównywał Crystal Fighters sprzed roku. Wszyscy reagowali na polecenia jak zahipnotyzowani, nawet jeśli dotyczyło to ściągania garderoby (a może w sumie wszyscy przyjęli z ulgą ten pretekst, bo w tym dzikim tłumie było koszmarnie gorąco). Przed Major Lazer udało nam się przypadkiem wpaść na Dybę i mniej przypadkiem spotkać z resztą naszej międzynarodowej gromadki, także na ML bawiliśmy się razem (a 'bawiliśmy' jest tu jedynym adekwatnym słowem, taka to była zabawa!). 

Takie tam z uzębieniem. Zdjęcie zrobione ekspresem do kawy.

Dopuściłam się jednak rzeczy niewybaczalnej i uciekłam z ML na pół godziny by wpaść chociaż na moment na The Maccabees. Serce mi krwawiło okrutnie wiedząc, że muszę wybrać, między niesamowitą imprezą, a wspaniałym koncertem i w ostatniej chwili postanowiłam zaryzykować i pobiec do tentu, by nie zmarnować tej szansy. I to, że tam byłam, było jednym z moich lepszych pomysłów na openerze, bo chłopaki w wydaniu live wypadli fantastycznie, tak indie, że bardziej indie już się chyba nie da. Choć uwielbiam ich ostatni album, to jednak mile mnie zaskoczyło, że dużo grali starszych utworów, które mają przecież zupełnie inny, bardziej energiczny klimat. Usłyszałam 'First love' zrobiłam w głowie na szybko bilans zysków i strat i pewnie niemoc podjęcia decyzji co zrobić, zatrzymała by mnie gdzieś po środku między worldem a tentem, gdyby nie to, że padł mi telefon i zrozumiałam, że jedyną szansą, by znaleźć resztę jest wrócić na Major Lazer (który notabene grał i grał, a myślałam, że skończy bardzo szybko). Każdy kto tam był, wie, że znalezienie kogokolwiek w  openerowym tłumie graniczy z cudem, chyba że jest się wysokim i nosi kapelusz. A że Gwen do niskich nie należy, a kapelusza udało mu się nie zgubić, to znalazłam go całkiem sprawnie tuż pod sceną, gdzie dożyliśmy do końca koncertu. 

zdjęcie robione kalkulatorem. Transparent był do d... Druga jego część została uwieczniona wyłącznie aparatem, który JESZCZE się nie odnalazł. A na zdjęciu Mats,

I Kiedy już wszyscy mieliśmy endorfin po uszy, a Marta nawet po same końcówki włosów, przyszedł czas na Justice. Jak ważny to był koncert mogą poświadczyć toaletowe przygotowania (drugi z 'transparentów' głosił: 'You'll never be alone again Agata' i razem z hasłem 'I will always Sopot you' stanowiły zapewnienia Mata, że to że zaraz wyjeżdżają, to nie koniec świata - to jest koniec świata przyp. red.). Ja osobiście czułam ciągle, że jestem świadkiem legendarnej chwili, tak jakoś się wszędzie wokół zrobiło patetycznie. Niemniej jednak, nie mam z czym tego porównywać, więc zamarudzę tylko, że było krótko. Bezcenny był natomast wyraz pełnego szczęścia na twarzy Daniele podczas 'We are your friends'. I mój, gdy sobie przypomniałam, że kojarzy mi się z nim ta piosenka od pierwszej wspólnej imprezy gdzieś na początku marca. I w naszym openerowym wykonaniu jej tekst brzmiał dla mnie tak prawdziwie, jak jeszcze nigdy.

Odnaleźliśmy się wszyscy dopiero na campingu, dopchaliśmy do mycia i pożegnaliśmy Mathieu, odprowadzając go na autobus w promieniach wschodzącego słońca... (brzmi jakże tandetnie, ale tak właśnie było!). Dzięki bogu największy zainteresowany był mocno przetyrany całym dniem i miał mało czasu, więc obyło się bez rzewnych pożegnań.
taka tam Marta. Zdjęcie robione blenderem.

Dzień trzeci znowu przywitał nas wysoką temperaturą, a że wszyscy zgodnie byliśmy mocno zmęczeni, zrezygnowani, a niektórzy nawet mieli spalone nosy (oh wow.) cały dzień nie zrobiliśmy nic, poza chodzeniem (pełzaniem) z karimatą w poszukiwaniu cienia. Miałyśmy plan, żeby się zebrać wczesniej na teren festiwalu i pójść do kina, ale pokonała nas kolejka pod prysznic i po raz pierwszy chłopakom udało się gdziekolwiek wyjść przed nami. Gdy dotarłyśmy była już 17:15, więc postanowiłyśmy pozwiedzać sobie wszystko to, na co wcześniej nie miałyśmy czasu (wygranie olbrzymich okularów ESNu - checked!). Zjadłyśmy i kupując coraz to kolejne kubki wody, ległyśmy na L.Stadt. Słuchałyśmy jednym uchem, w międzyczasie walczyłyśmy o przetrwanie na openerowej patelni. Zwiedzając dalej, nagrałyśmy swój taniec ough.) i wróciłyśmy na Bloc Party. Tam zostawiła nas Sylu, a my po jakimś czasie przeszłyśmy się, by posłuchać Łona Weebber & The Pimps. Wróciłyśmy pod maina całkiem szybko, by być blisko na Franz Ferdinand.

Rozpoznałam, że szwedzkie przysłowie jest szwedzkim przysłowiem i lans w takich goglach był nieziemski. Z lewej Sylu. Zdjęcie robione gofrownicą.

Był to najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert tego Openera. FF słucham od lat - czasami z mniejszym, czasami z większym zaangażowaniem, ale zawsze do którejś płyty (znaczy prawie zawsze do 'Tonight: Franz Ferdinand' ^^) z radością wracam. I niezaprzeczalnie przyniósł mi ten koncert mnóstwo radości, siniaków, obtarć na spalonych ramionach i zdarte gardło. Ale udało nam się jakimś cudem siebie z Martą nie zgubić i nasze zwłoki dotransportować nawet później do Tentu. Niemniej czułam się cudnie, bo nie znałam tylko nowych piosenek (2? 3?), a wszystkie, tak lubiane przeze mnie utwory w wersjach live na prawdę miały dużo mocy. Już pod koniec rozczulili mnie dokumentnie grając całym zespołem na jednej perkusji (czekam na cover Gotye, z gitarą się kiedyś udało) i pozostawili mnie wyszczerzoną od ucha do ucha z tej radości, że taki to był zgrabny koncert.

Dowleczenie naszych wymęczonych zwłok pod tent, było trudniejsze niż mogłyśmy sądzić. Jednak zbliżało się m83, więc musiałyśmy przeboleć ból (hehe.) spalonych ramion i pleców i skacząc przez ukochane bagna dotrzeć do... 10 metrów przed namiotem, bo tam właśnie na kilka minut od rozpoczęcia koncertu kończył się tłum. Że byłyśmy we dwie, to sukcesywnie przesuwałyśmy się bliżej, ale i tak namiot zdecydowanie nie pomieścił wszystkich fanów. Nie należę do psychofanek, porządnie znam tylko ostatnią płytę, ale nie zmienia to faktu, że stałam tam jak zaczarowana i nawet skłonna uznać tę godzinkę za najlepszy koncert openera. Na 'Midnight city' w końcu zrozumiałam, nieogranialny wcześniej dla mnie fenomen tej piosenki i jak łatwo się domyślić od openera mam ją prawie na zapętleniu. 

Po jedzeniu, odpoczynku, zmarznięciu i wielu innych perypetiach z gubieniem się, niedogadywaniem i moim 'nie wiem o co mi chodzi, ale chodzi mi o to bardzo mocno' wieczór zakończyliśmy z Martą, Mathieu, Daniele i Darią pod redbull stage żeby (a jakże!) więcej poskakać.
zdjęcie zrobione mikrofalówką.

Ostatniego dnia wszystko się działo dla mnie za szybko i za bardzo. Kupiliśmy bilety na pociąg, zrobiliśmy zakupy, zjedliśmy obiad i posiedzieliśmy sporo czasu na chodniku w cieniu, bo było nam tam za dobrze, żeby się ruszyć w ambitniejsze miejsce. W międzyczasie obtarły mnie kalosze, a słoneczne dotąd niebo zaczęło dawać jasne sygnały, że 'oj, oj, oj, zanosi się na deszcz'. 

Fantastyczny chodnik w Gdyni.

Po powrocie na camping napisałam elaboraty na pamiątkowych flagach Mathieu i Daniele i już musieliśmy się pakować. Udało nam się spakować dwa namioty, a do trzeciego wrzucić wszystkie nasze bagaże dokładnie w chwili gdy zaczynało padać. W drodze na festiwal lekki deszczyk przerodził się w ulewę, ta  wprawdziwe oberwanie chmury i tak lało i lało, a my schowaliśmy się w... teatrze na prawie godzinę. Na szczęście deszcz, choć intensywny, był krótki i szybko nad jednym wielkim openerowym bajorem wyszło słońce. W takich okolicznościach podziwialiśmy Mumfrod and sons. Do tego bonusowa tęcza, piękne chmury, piękne niebo i zaskakująco urocza muzyka. Mumford and sons dostali nieformalny tytuł dużej, miłej, openerowej niespodzianki, bo rzadko kiedy zdarzają się koncerty z tak podnoszącym na duchu przesłaniem. 
Marta, Gwen i Sylu. Zdjęcie robione mikserem.

Skład nam się modyfikował, ale z Martą, Daniele i Gwenem odiwedziliśmy silent disco. I tym razem ja osobiście się bawiłam tam tak świetnie, że pewnie zostalibyśmy i dłużej, gdyby nie Friendly Fires. Sama powinnam się wyśmiać za tak niesamowite ogarnięcie, bo oczywiście sluchałam ich wcześniej, jednak nigdy nie przywiązując się do nazwy. I tak dopiero po powrocie do domu zdałam sobie sprawę, że jednak tak na prawdę nie wybrałam losowo zespołu, który zobaczę, tylko moja podświadomość wybrała nazwę, którą już doskonale znała. Głupia ja. Po raz kolejny na tym openerze zakochałam się w wokaliście i myślę, że nie ma w tym absolutnie nic dziwnego. Uwielbiam sceniczne wulkany energii i oryginalne style poruszania, a w obu tych skalach facet wypada znakomicie. Koncert niesamowicie na plus!

Miałam w planie nie poruszac się już nigdzie ze wzgledu na odciski, ale jednak sumienie kazało mi przespacerować się pod main na the XX. Chwała i cześć mojemu sumieniu - było warto! Jeśli nawet nie słuchając the XX ani trochę, miałam ciary i wrażenie, że rozpływam się od środka, to już o czymś świadczy.
Na dobry koniec dnia znowu poczłapałyśmy do tentu na SBTRKT. Kolejny fajny występ na mojej ulubionej scenie, basy poruszające od środka (w przenośni! A dosłownie poruszały mi np. nos, utrudniając oddychanie), miła muzyka i co ciekawe, możliwość potańczenia BEZ zabijania się nawzajem w otaczającym tłumie (a myślałam że tak się nie da). W kierunku namiotu szłam już jak zombie, ale przez kolejne nieporozumienie (ah te rozładowane telefony) chwilę musiałyśmy poczekać w okolicy burn beat. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego soundtraku do ostatnich chwil openera niż TO.
black&yellow Mathieu w obiektywie krajalnicy.

Ze smutkiem zwinęliśmy ostatni namiot i rozpoczęliśmy żmudny proces wracania. Najpierw przepłynęliśmy przez pole namiotowe, potem pogrzebałyśmy kalosze, które po 4 dniach noszenia non stop stały się niewodoszczelne, upierdzieliłam całe nogi błotem idąc w japonkach, porwałam torbę, w której niosłam namiot i śpiwór Filipa, prawie nie zdążyłam się pożegnać z Mathieu, żeby zdążyć na autobus, a na sam koniec wsiadając do niego, musiałam wejść w bagno po kostki. 
Krótkie ogarnięcie się na dworcu i kolejne pożegnania - tym razem z Daniele. A potem pociąg, kilka godzin snu, trochę czytania, melancholijne patrzenie w szybę i żegnanie Gwena na dworcu w Łodzi.
W tym miejscu wyłączyła mi się bajka.

jak zabić kaloszki - poradnik S&A w przygotowaniu.

Drugi dzień chodzę i ryczę po kątach, bo wszystko mi się wali, a do tego pożegnałam naprawdę cudownych ludzi. Nie tylko ot takie ciekawostki społeczne, tylko zwyczajnie ludzi, których z miejsca pokochałam, do których się przywiązałam i bez których jeszcze trochę będzie mi ciężko.
Chciałabym wierzyć, że wszyscy się kiedyś razem znowu spotkamy, znowu zjemy pierogi, fińskie żelki, francuskie naleśniki albo prawdziwą włoską pastę, że znowu odkryjemy że słuchamy takich samych wykonawców, których nie zna nikt, pośpiewamy włoskie piosenki albo posłuchamy fińskiego biebera, będziemy 'mówić' po polsku i poszukamy podobieństw do chorwackiego. Przez godzinę będziemy wychodzić na ostatni tramwaj, będziemy grać w gry i nosić jabłka. Będziemy się świetnie bawić i cieszyć, że się znamy.


Ja mam taki plan, a plany generalnie wykonuję - czasami z drobną modyfikacją. 
I tak w ramach post-erasmus depression (nie chcę myśleć, jakie to musi być straszne w pełnym wymiarze,  skoro ja nawet nie opuściłam kraju!) znowu wróciłam do szukania tanich lotów.

A na chwilę obecną 9 godzin hiszpańskiego tygodniowo i mnóstwo godzin w pracy. Jeden dzień wolny w tygodniu. Wakacje - yaaay.






Post a Comment