Sunday, 29 January 2012

Rue de Leonardo da Vinci [1]

"Chce jakoś uwiecznić możliwie najwięcej jak się da z tego co tu myślę, co tutaj robię i jak to wszystko odbieram, bo wiem, że jak wrócę, to drastycznie zmieni się mój pogląd na cały świat, bo tutaj jestem bardzo wyciszona i bardzo w zgodzie ze sobą, a wiem że jak tylko się gdzieś ruszę to to się zmieni" [ja sama do siebie, nagrane 17 dnia]

Podczas 18 dni mojej pracy we Francji bywało różnie. Bywały wieczory, że siedziałam i szlochałam rodzicom w słuchawkę jak tu mi jest źle, bywały takie, że zasypiałam ze zmęczenia zanim pomyślałam o czymkolwiek, zdarzało się że z nadmiaru emocji nie mogłam spać i czytałam komiks o przygodach Tin Tina, a bywało i tak, że płakałam, że to się kiedyś skończy i będę musiała wrócić do domu.
Wszystkie historie o tym jak to się stało, że się tam znalazłam, pozwolę sobie pominąć (natomiast jakby ktoś był zainteresowany, jak się na takie cudo załapać, to proszę śmiało pisać, wtedy udzielę wszystkich informacji) i postaram się przejść do sedna. Nie wiem za bardzo jak ugryźć temat, jak opisać każdy aspekt swojego życia przez 18 dni, szczególnie że minęło już pół roku i zaskakująco dużo zapomniałam (żadna demencja! Od wczoraj już wiem, że zdolność odtwarzania wspomnień osobistych w czasie ma postać funkcji wykładniczej malejącej ^^). Pomocą będą służyć pojedyncze zdjęcia oraz filmy nagrywane dla Filipa, których nigdy nie zobaczył (i pewnie nie zobaczy! ;P), ale i tak wątpię w moje zdolności do trzymania się chronologii.
Dzisiaj pozwolę sobie na opis dnia, w którym dostałam pracę.

Któregoś dnia pod koniec lipca Siostra, która pośredniczy w znajdywaniu pracy uraczyła mnie informacją, że jest dla mnie oferta. Pracodawca miał świetnie mówić po angielsku, a moją pracą miała być w zasadzie pomoc przy jakiejś starszej pani. Haczyk był taki, że zależało mu na szybkiej decyzji, natomiast praca miała być dopiero od drugiego tygodnia sierpnia, co wiązało się dla mnie z całkiem sporymi wydatkami przez dodatkowy tydzień (mieszkanie 70e, migawka 25e, a przecież coś trzeba jeść ;P). Natomiast od razu dostałam też informację, że z tego względu zdecydowany jest zapłacić za cały miesiąc. Nie wahałam się zatem długo i zgodziłam się z nim spotkać.
Razem z Marfą zrobiłyśmy uroczą wycieczkę na śniadanie w okolicy Champs Elysees, po to by potem zrobić prawie całe kółko wokół Łuku Triumfalnego, pobłądzić w jakiejś bocznej ulicy i znaleźć się przed kamienicą pana de V. To była moja druga już styczność z bogatym mieszkaniem w Paryżu, więc byłam trochę mniej zszokowana na widok ciężkich zasłon, obrazów, porcelany, fortepianu i tych innych w podobnym klimacie ;P Pan de V. okazał się łysawym facetem pod 50tkę do złudzenia przypominającym Rowana Atkinsona. Zaprosił mnie do salonu, zadając mnóstwo pytań na które ja starałam się możliwie grzecznie odpowiedzieć: o moje pochodzenie, wiek, studia, wszystkie powiązania z Francją itp. Po czym ja jednak odważyłam się poprosić o przejście na angielski, żeby wszytsko było jasne i nie pozostawiało wątpliwości. Pan de V. uczynił to bez żadnego problemu, jednak z zastrzeżeniem, że w pracy mam mówić po francusku (zapewniłam, że będę się starać ;P). Faktycznie mówił świetnie, do tego stopnia, że mi było wstyd się odezwać. Krótko przedstawił mi moje obowiązki, które nijak się miały do wersji Siostry, ale tak czy siak brzmiały całkiem luźno: pomoc w kuchni, podawanie posiłków, które przygotowuje ktoś inny i ogarnięcie sypialni mamy pana de V., zwanej później panią de V. Łapanie wszytskiego za pierwszym razem, żeby nie musieli mi powtarzać, nie marudzenie, uśmiechanie się i tyle. W domu jego przyjaciela pana D., gdzie miałam pracować, miało być nie więcej niż 6 osób. Dowiedziałam się też, że w międzyczasie przyjedzie córka pana de V. - B., która będzie tam obchodziła swoje 17 urodziny. W tym momencie zaczęłam się rozglądać, bo na fortepianie zobaczyłam pokaźną kolekcję zdjęć. Szybko zlokalizowałam na nich B., a ku swojemu zdumieniu także jakiegoś chłopaka, o którym pan de V. nie wspomniał. Miał grzyweczkę - a to wyjaśnia czemu nie zapomniałam natychmiast i zdążyłam się nawet podzielić z Mafą rozterkami co do jego osoby ("kim on jest, co go łączy z de V. i czy też będzie u pana D.). De V. wyraził ogromny entuzjazm co do mojej osoby, wymieniliśmy się kontaktami, zeskanował mój dowód osobisty i obiecał że pozostaniemy w kontakcie.
Ledwo wyszłam z budynku, kiedy wezwał mnie znowu na górę: "Przepraszam, ale zapomniałem, że od razu powinnaś przymierzyć swoją sukienkę". Moją co?! Otworzył przede mną szafę pełną praktycznie identycznych sukienek, z których miałam wybrać 3 w pasującym rozmiarze. Jak ktoś ma w wyobraźni taki śliczny strój francuskiej pokojówki, to w tym momencie spokojnie może zejść na ziemię. Większość z nich była ogromna, po wybraniu 3 w których się nie topiłam mogłam się im spokojnie przyjrzeć. Proste, workowate sukienki, z guziczkami przez środek, sięgające niewiele przed kolano, z białym okragłym kołnierzykiem i krótkimi rękawkami. Dwie były w biało-błękitne prążki, trzecia w biało-różowe. Przy czym już na miejscu okazało się, że w którymś praniu ta różowa jakby się jakaś mniejsza zrobiła i osiągnęła długość, w której czułam się dużo lepiej, ale o tym kiedy indziej ;P
Pomimo tych nieszczęsnych kreacji humor miałam przedni, bo wiedziałam już, że mam pracę, dodatkowy, nieprzewidziany tydzień w Paryżu i gwarantowane minimum 600 euro zapłaty. Z tego co pamiętam to póżniej jeszcze udało nam się zrobić zakupy na ostatnich paryskich wyprzedażach i spędzić popołudnie na ulubionym placu przed Pompidou.

Zanim zaczęłam pisać, to myślałam, że z całością zmieszczę się w dwóch notkach, ale... no ups ;P



kategoria najcieplejsze wspomnienia: drugie śniadanie pod Pompidou.
Jakby ktoś się zastanawiał czemu plan jest po hiszpańsku - to była jedyna wersja językowa
jaką akurat mieli w dniu naszego przylotu na lotnisku,
a później polubiłam go na tyle, że choć był poobdzierany, pognieciony
i ogólnie przetyrany, a w dodatku nic z niego nie rozumiałyśmy,
to służył nam do samego końca ;P

(a zdjęcie można powiększyć! Wow!!)

Post a Comment