Wednesday, 22 February 2012

Le dîner est servi [3] (vel. gastrofaza)


Nieustająco ulatujących wspomnień ciąg dalszy. Na dzisiaj mój ulubiony proces - podawanie posiłków. Oczywiście pan D. wszystko przygotowywał, ale o ile pierwszego dnia moja rola w samym szykowaniu posiłku była znikoma, o tyle pod koniec zostawiał mi nawet doprawianie sałaty (kto myśli, że brzmi to wcale nie poważnie, ten nigdy nie był w kuchni z perfekcyjnym, starym kawalerem, który wszytsko sam robił najlepiej).Kiedy wszyscy powoli zbierali się do stołu, ja stawiałam koszyczek z pain grille, wodę (musiała być dość zimna, więc stawiałam ją na stół w ostatniej chwili), vin rose (dla pana Generała, o którym kiedy indziej), cidre i vin blanc. Co ciekawe, później stawiałam też puszkę piwa przy jednym nakryciu. Oni się usadzali, a ja szybko wracałam do kuchni.

Kiedy wszyscy siedzieli, rozlegał się dzwoneczek, a ja wnosiłam przystawkę. Do numerów popisowych pana D. w tym temacie należała zapiekanka z cukinii, którą osobiście bardzo lubiłam. W mniej optymistycznej wersji, podawałam zapiekankę z kraba (dodatkowy widelec, więcej do sprzątania). Ze 2 razy zdarzył się melon (wtedy wcześniej miałam zabawę w przygotowywanie ich), pomidory z mozarellą, raz tylko jeden jedyny była zupa i to chłodnik.
Po przystawce znowu dzwoneczek, zabierałam danie ze stołu i na tacy wynosiłam czyste talerze. Tacę stawiałam tuż koło wyjścia z kuchni, na ganku, po czym brałam jeden (JEDEN!) czysty talerz, podchodziłam do jednej (JEDNEJ!) osoby i zamieniałam jej talerze. Brudny talerz (jeden rzecz jasna) odnosiłam na ganek. I od początku... dopóki wszyscy nie mieli zmienionych talerzy. Wtedy dopiero mogłam wnieść kolejne danie.

W daniach głównych, moim skromnym zdaniem, the best of the best stanowiły faszerowane pomidory. Co prawda mam przepis, ale wciąż jeszcze nie zdobyłam się na to, żeby kupić wystarczająco duże pomidory i się w to pobawić, bo to dość czasochłonne. Najczęściej jednak pan D. podawał mięso, które mi nigdy nie smakowało, z tego prostego względu, że było niemalże surowe (tak dla kontrastu z pain grille zdaje się :)). Czasami robił rybę i wtedy moim zadaniem było oddzielenie mięsa od skóry. Nie byłoby to takie złe, gdyby nie fakt, że nic na świecie bardziej mnie nie obrzydza niż ryby właśnie ;P Jak miał mało czasu, albo kryzys weny, to wtedy robił tartę z serem i pomidorami.
Do mięsa zawsze były warzywa: sałatka z fasolą, albo sama fasola (która w ogródku pani D. przybierała gigantyczne rozmiary), sałata z sosem vinegret i ogórkami, pomidory albo moje ukochane smażone bakłażany (w tym miejscu daruję sobie facebookowe serduszko, choć zdecydowanie powinno się tu znaleźć, bo bakłażany darzę miłością ogromną. Pragnę jednak wspomnieć przy okazji bakłażanów, że Filip je bardzo lubi ;D). Z takich dziwniejszych rzeczy, to zdarzył się panu D. szpinak przygotowywany we frytkownicy, czyli na głębokim oleju. Nie smakował zupełnie jak szpinak, ale zdecydowanie było to coś niezbyt często spotykanego :) Zawsze w niedzielę były frytki (też oczywiście własnoręcznie krojone, nie z mrożonki ;)), kilka razy pojawiły się podsmażane talarki z ziemniaków, które znikały ze stołu z prędkością światła (to było jedyne danie, które pand D. kazał mi nałożyć najpierw sobie, a dopiero potem wnieść na stół, bo wiedział, że inaczej nie będę miała szansy ich nawet spróbować - niezależnie od przygotowanej ilości!). Po głównym daniu znowu następował proces zmiany talerzy.

Oczywiście kolejność osób też była dokładnie ustalona, ale o tym wspomnę przy okazji serwetek ;))
Po daniu głównym wnosiłam sery. Niektórzy sery jedli, inni nie. Czasami jakiś ser znikał od razu na jednym posiłku, innym razem jakiś jedli przez 3 dni. Nie pytałam o nazwy - wystarczyły mi kształty i doznania zapachowe ;P Z czasem zaczęłam sama próbować (także prócz bakłażanów, to drugi sukces wyjazdu do Francji - pleśniowym serom teraz już mówimy zdecydowane tak :)). W tym momencie rozlegał się dzwoneczek i pan de V. uprzejmie prosił mnie, żebym przy
niosła mu masło. On pain grille zjadał z masłem. Po pierwszych 3 posiłkach zawsze już szykowałam masło, co dla mnie było po prostu mniejszym kłopotem, natomiast pan D. stwierdził, że to bardzo urocze, że pamiętam o upodobaniach pana de V.

Po serach następowały desery. Madame D. robiła przepyszne ciasto z gruszkami. Najczęściej w roli deseru występowały lody - w pełni homemade z owoców z ogródka. Dlatego smaki zależały od tego, co tam akurat zebrali. Pierwszy raz w życiu jadłam na to konto lody jeżynowe (nie polecam, były bardzo cierpkie). Pamiętam też, że zdarzył się słodki jogurt ze świeżymi owocami. Nigdy nie zjadłam chyba tylu malin, ile przez te 3 tygodnie :) Natomiast smak jak prosto z kuchni mojej mamy to tarta z kruchego ciasta, świeże maliny (a jakże!) i bita śmietana. Pan D. przez cały dzień się mnie pytał czy lubię creme chantilly. Zupełnie nie wiedziałam co to za krem jest, a że nie wracałam do pokoju, żeby sprawdzić w słowniku, to nie dawało mi to spokoju. Z czasem wyszło, że chodziło po prostu bitą śmietanę :) Nie była to jednak śmietana z proszku czy z kartonika, tylko najprawdziwsza z prawdziwych bita śmietana, której przygotowanie zajmowało całkiem sporo czasu.
Z okazji urodzin Blanche, pan D. zrobił ciasto czekoladowe, co do którego zawartości kalorycznej mam spore obawy. Zdaje się, że poza jajkami i kakaem jego głowny składnik stanowiło masło. To było zdecydowanie ciasto z gatunku tych, które to są 'chwile w ustach, lata w biodrach' :) Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że ktokolwiek potrafił się temu ciastu oprzeć ;)
Moje najcudowniejsze kulinarne wspomnienie (a cudownych wspomnień jak widać mam całkiem sporo, bo pan D. niesamowicie dobrze gotował) stanowi jednak tiramisu. Przygotowywane od podstaw, żadnych półproduktów. Biszkopty, mocna kawa, jakiś alkohol, mascarpone, dobrze ubite białka, woda podgrzewana do 120 stopni (tak, da się tak, stałam z termometrem i mierzyłam :P)... W wersji pana D. było to wybitnie czasochłonne ciasto ;P Jako że to w końcu 'poderwij mnie', to i rozmowy o nim wspominam bardzo ciepło, ale to też z czasem ;P

Jeśli po tiramisu byłam w niebie, to nie wiem jakimi słowami opisać truskawkowe tiramisu. Biszkopty poza masą kremową, przekładane były zmiksowanymi truskawkami. Na wierzchu, zamiast kawy, były natomiast wiórki białej czekolady. Po pierwszym razie, uczciwie się przyznałam panu D., że jest to najcudowniejsze ciasto jakie jadłam w życiu.
Raz kiedyś zadzwonił, a jak weszłam, to wszyscy się na mnie patrzyli (było to dziwne, bo na ogół starali się mnie uprzejmie ignorować). Ze smutkiem zauważyłam, że nie trzyma wcale w ręku restzki mojego ulubionego ciasta, uznałam więc że musieli całe zjesć. Jak się zapytałam w czym mogę pomóc, wtedy pan D. wyciągnął zza siebie ostatni kawałek mojego ukochanego deseru.
Mogę się tylko domyślić jaką miałam minę w tym momencie, bo wszyscy wybuchnęli śmiechem. Pan de V. powiedział wtedy, że nie mogliby zjeść tego kawałka, wiedząc, że straciliby widok takiego uśmiechu :)

Sytuacja ta miała miejsce dokładnie w połowie mojego pobytu w domu pana D. Wtedy to, w obecności masy ludzi, masy pracy, potęgującego się zmęczenia, uznałam, że chyba jednak lubię to miejsce, lubię tych ludzi, oni lubią mnie... i ciężko będzie wyjechać. Tak właśnie przez żołądek do serca Agać została pokonana... tiramisu truskawkowym.


(uprzedzając złośliwe sugestie^^ Taki posiłek, z 4 daniami jedzono dwa razy dziennie. Moje śniadanie stanowił zawsze jogurt, ew. ryż z mlekiem. Nie jedząc nic międz posiłkami... No dobra... Nic poza malinami ;P Mimo obżerania się na obiad i kolację udało mi się schudnąć ponad 3 kilo. Uznałam zatem, że francuski tryb jedzenia bardzo mi służy :P)

(a co do tiramisu... niech no tylko pojawią się porządne truskawki i rozpocznę eksperymenty w celu stworzenia chociażby marnej imitacji ósmego cudu świata)
Post a Comment