Sunday, 28 October 2012

Day: 2,3 - Rome (eurotrip odc. 4)

Drugi post z mojej podróży rozpoczyna się w momencie, gdy obudziłam się po wylądowaniu na Ciampino. Potwierdziłam stereotyp o włoskiej punktualności, bo po raz kolejny czekałam i czekałam. Nie wiem za to co się mówi o włoskiej gościnności, ale ja po wizycie u Arturo mogę się wypowiadać wyłącznie w superlatywach - na pewno nie każdy by po mnie wyjechał na lotnisko!

O ile mój host swoją osobą zrobił na mnie jak najlepsze pierwsze wrażenie, o tyle jego samochód mocno mnie przeraził, bo był powgniatany z każdej strony (moja Carinka przy tym wygląda na samochód o który ktoś dba, srsly.), a przednią szybę zdobiła pajęczyna pęknięć, jak w moim poprzednim telefonie. I nie skłamię jak powiem, że wsiadając do jego samochodu zawsze wciskałam nerwowo nieistniejące hamulce i mentalnie przygotowywałam na nagłą śmierć. Niemniej, skoro jestem cała i żywa, to Arturo musiał świetnym kierowcą być (a to, że między prawym, a lewym pasem znajdował swój własny, to zupełnie inna bajka).

Zaraz po przyjeździe poszliśmy na lody (drugie tego dnia), a wieczorem po degustacji grappy udaliśmy się na wielogodzinny spacer po Trastevere. Tego wieczoru mój obiektyw trochę się zbuntował i strasznie zacinał, więc chodziłam i bluźniłam pod nosem, że z miliarda zdjęć żadne nie będzie ostre, ale poza tym wszystko było idealnie. Mój host okazał się postacią wybitnie znaną w swojej okolicy, więc witał się z każdą kelnerką i właścicielem każdej kafejki, a ja człapałam z nim, dokumentnie gubiąc orientację w przestrzeni (co wcale nie zdarza mi się często!).




Położyliśmy się spać baardzo późno (wymiana poglądów na temat filozofii życiowej, opowiadanie sobie całej biografii oraz tradycyjne dzielenie się ulubioną muzyką i filmami wcale nie może być krótkie) więc odpowiednio późno też wstaliśmy. Dzień zaczęliśmy od zwiedzenia małego parku położonego wysoko nad poziomem ulic, a potem Arturo, jak przystało na studenta architektury, poczuł się w obowiązku pokazania mi kościoła, gdzie wiszą obrazy Cavaraggio. Bardzo się zdziwił, kiedy powiedziałam mu, że już tam kiedyś byłam. Zresztą w ogóle, jak pokazuje moje życiowe doświadczenie, zwiedzanie z moją mamą oznacza (zawsze!), że jestem głodna, niewyspana, zła, zmęczona i w ogóle na nie, ale przynajmniej jestem w stanie zwiedzić WSZYSTKO. Od tego typu podróżowania naturalnie odeszłam (czyżby? ;)), ale chociaż w Rzymie  miałam poczucie, że to co miałam zobaczyć widziałam za którymś z poprzednich razów, a teraz po prostu mogę cieszyć się miastem.



Chwilę później rozdzieliliśmy się z moim hostem i umówiliśmy, że spotkamy się wieczorem, więc miałam 5 godzin czasu dla siebie. I tak zaczęłam mój "spacer" od Panteonu, a stamtąd do lodziarni, w której byłam z rodzicami 7 lat temu.




Z każdym krokiem przypominało mi się więcej miejsc i historii, także szłam i szczerzyłam się sama do siebie, bo jeszcze dwa miesiąc wcześniej nie podejrzewałabym samej siebie o chęć powrotu do Rzymu. Spacerując wąskimi uliczkami znalazłam informację turystyczną, gdzie dostałam mapę, więc już bez problemów i sprawnie weszłam na Piazza Navona.



Przy tej mapie warto się zatrzymać na chwilę, bo żeby zrozumieć absurdalność sytuacji, która nastąpiła chwilę po tym, należy znać mnie choć trochę. Na orientację w przestrzeni generalnie nie narzekam.Czasami zdarza mi się zamotać w jakiś jednokierunkowych ulicach czy miejscach, w których nigdy nie byłam, bo lubię szukać dróg na skróty, ale generalnie zawsze mniej lub więcej trzymam odpowiedni kierunek. A jak mam w reku mapę no to już w ogóle nie wyobrażam sobie się zgubić.
Siedząc na Piazza Navona zapoznawałam się z planem Rzymu i postanowiłam zrobić najpierw spacer w kierunku Watykanu.



Wybrałam więc którąś uliczkę i szłam, niespecjalnie się śpiesząc. Zachwycałam się naklejkami i wystawami i skręcałam z dużą dowolnością, zawsze tam gdzie coś mnie zaciekawiło.



Po przejściu kilkoma uliczkami spotkała mnie niespodzianka w postaci procesji. Żeby ją ominąć cofnęłam się, pognałam do kolejnej przecznicy i... znowu trafiłam na procesję. Podobny manewr powtórzyłam kilka razy, w końcu sfrustrowana postanowiłam zrobić trochę większe kółko i mocno się zdziwiłam, kiedy idąc w kierunku Tybru po 40 minutach spaceru trafiłam na... Piazza Navona ;)



Za drugim podejściem udało mi się jednak wyjść na Watykan bezbłędnie i w przeciągu kilku dosłownie minut ;) Szłam w kierunku zachodzącego słońca, a termometry pokazywały, jakże uprzejmą jak na koniec września, temperaturę 27 stopni.




Tradycyjnie już w bazylice zachwyciłam się Pietą, zawiesiłam się na dłuższa chwilę podziwiając jak słońce świeci przez kopułę i zastanawiałam się skąd nagle w Rzymie znalazło się tylu Turków (więcej niż Japończyków, słowo daję).



Ruszyłam w drogę powrotną obierając kierunek na Campo de Fiori i jedzenie.




Nogi już dość mocno dawały o sobie znać, ale jeszcze dotarłam do fontanny di Trevi i po raz 4 wrzuciłam wszystkie miedziaki, które miałam w portfelu, głęboko wierząc że znowu pozwolą mi wrócić. W szybkich rozmowach telefonicznych na linii Rzym-Łódź, przeprowadzanych przy szumie fontanny, wynikła przykra sprawa, że na lotnisko powinnam jechać już w nocy, bo nad ranem mogę nie mieć połączenia.



Spod fontanny przeszłam koło Forum Romanum i na drodze do Koloseum zaczepił mnie pan w średnim wieku. W ogóle z tym zaczepianiem śmieszna sprawa, bo nigdy bym się nie spodziewała, że wyłącznie fakt bycia blondynką (i to ciemną!) spowoduje aż tyle sympatycznych reakcji. Po kompletnie zobojętniałym i biegnącym wszędzie Mediolanie, była to miła odmiana, że ludzie mieli się czas uśmiechać, witać, zagadywać (z moją fantastyczną wprost znajomością włoskiego do niczego to oczywiście nie prowadziło), a nawet proponować że mnie odprowadzą w miejsce, którego szukam (mimo moich zapewnień, że mam mapę i wiem dokąd idę). Nikomu nie przeszkadzało, że moja znajomość włoskiego ogranicza się do pięciu słów na krzyż i dużej ilości uśmiechów i machania rękami i uprzejmie powtarzali, że nie mówią po angielsku... wszyscy jak jeden mąż! Z chlubnym wyjątkiem mojego hosta i tego właśnie pana, który zaczepił mnie w drodze pod koloseum. Odbyliśmy bardzo miłą pogawędkę o tym co robię w Rzymie, na jednym oddechu streściłam mu plan mojej wyprawy, a on uraczył mnie ciekawostkami z codziennego życia Rzymu. Jednym takim kwiatkiem, który mi sprzedał była rada, żebym zdjęła buty i jak prawdziwi mieszkańcy Rzymu poszła do Koloseum boso. Uprzejmie podziękowałam za radę i z niej nie skorzystałam ;)


Spod Koloseum już wracałam na wyspę, gdzie umówiłam się z Arturo. Postanowił zabrać mnie w kolejne miejsce, którego "nigdy nie zwiedzają turyści" i pojechaliśmy na Awentyn, by spojrzeć na Watykan przez dziurkę od klucza. Jak się zdziwił, gdy mu powiedziałam, że oczywiście byłam tam wcześniej :) Ale za to z czystym sumieniem mogłam mu powiedzieć, że nigdy nie widziałam tego widoku w nocy.
Serdecznie polecam i prywatnie stwierdzam, że ten widok staje się moim najpiękniejszym wspomnieniem z Rzymu.

Uparłam się, że muszę zjeść włoskie tiramisu i jak tylko udało mi się go spróbować, to już miałam poczucie, że plan na Rzym i Włochy generalnie wykonałam w 120% i mogę lecieć dalej ;)


Ale zanim to nastąpiło Arturo nauczył mnie jeszcze grać w Briscole i ostatnie chwile mojego pobytu u niego spędziliśmy na zaciętych rozgrywkach. Chwilę po 23 zebrałam się, przejechałam autobusem na dokładnie przeciwny koniec Rzymu i spędziłam bite 20 minut próbując się odnaleźć na dworcu. A nawet nie się, tylko przystanek autobusu jadącego na Fiumicino. Tu znowu z pomocą przyszli uprzejmi panowie włosi z mniej lub bardziej zaawansowaną nieznajomością angielskiego ;)
Podróż przeszła bez najmniejszych zakłóceń, a nawet z miłą niespodzianką, bo kierowca nie wziął pieniędzy za przejazd od nikogo z pasażerów :)

Zupełnie nowa historia zaczyna się już na lotnisku Fiumicino, gdzie zaraz na wejściu poznaję Damiano - mojego równolatka z Sycylii, który, jak się okazuje po kilku minutach, również za 6 godzin leci do Walencji. Na szczęście mówi po angielsku, więc cały czas oczekiwanie (wydłużony dodatkowo o godzinne opóźnienie) spędziliśmy na udzielającej się głupawce. Mieliśmy nawet ambitny plan się zdrzemnąć, ale jedyny wolny kawałek podłogi, znajdował się pod lampą, więc żeby w ogóle zmrużyć oczy musiałam spać w okularach i mapie na głowie. Damiano skapitulował i co uważam za niesamowicie urocze, przykrył mnie swoją kurtką, kiedy ja przysnęłam na całe pół godziny (Rzym, Rzymem, ale na tej lotniskowej podłodze nie było ani trochę ciepło). Poza głupawkami czas upływał nam jeszcze na czytaniu kartki do odprawy - ja czytałam po włosku (generalnie z sukcesem), mój nowy znajomy po polsku (jak łatwo się domyślić z mniejszym sukcesem, za to z ogromnym entuzjazmem), czytaniu włoskiej gazety i popadaniu w letarg. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że gdybym była tam sama, to umarłabym z nudów, a zresztą razem było raźniej.


Wylecieliśmy z opóźnieniem, więc zamiast po 9 w Walencji byłam przed 11, śpiąc tylko pół godziny na lotnisku i cały lot. Ale to już w następnym poście :)

________________
Co się za szybko zaczyna, za szybko się kończy. Taki mam aforyzm na dziś, same ciepłe myśli i nawet bez większego żalu.
Mam co robić, podejmuję się kolejnych rzeczy. Nie z powodu zbyt dużej ilości wolnego czasu, ale dlatego że to lubię. Mam mnóstwo rzeczy na głowie, ale przynosi mi to satysfakcję.
Moje nowe studia są mega. Stare po staremu ;) Neuropsychologia funduje trochę emocji, a ja lubię być w 8 miesiącu ciąży. Sesja zaboli.
Jaram się nową płytą Muse i szukam wszytskich, którzy kupili już bilety na płytę ;) Im nas więcej, tym lepiej.

A z tym eurotripem obiecuję, że przyśpieszę, bo już za półtora tygodnia nowe podróże :))
Post a Comment