Friday, 23 November 2012

Day: 5,6 - Barcelona (eurotrip odc. 6)

W Walencji stał się cud: udało mi się wyspać. Szybciutko i po cichutku się zebrałam, bo mój host zaczynał zajęcia później, więc jeszcze smacznie spał. Tradycyjnie poruszałam się po mieście bez dokładnie sprecyzowanego planu jak powinnam się dostać na dworzec, także trochę kluczyłam, trochę pozwiedzałam, ale generalnie dzięki mojej szalonej wprost znajomości hiszpańskiego (bardzo polecam 'Blondynkę na językach' - na potrzeby komunikacji na ulicy jest wprost cudowna :)) udało mi się dotrzeć na czas, kupić bilet i znaleźć odpowiedni peron.
Pociąg, którym miałam okazję jechać był wart swojej ceny. Fotele jak w samolocie (nie jak w Ryanie ;P), ekrany w siedzeniach, na których wyświetlano jakiś film (po katalońsku, a jakże!), dużo miejsca na nogi... więc całą podróż przespałam ;)
Tym razem stresowałam się aspektem czysto towarzyskim, bo o ile znałam mojego kolejnego hosta osobiście, o tyle stresowałam się, bo jakby nie patrzeć znałam go baaardzo słabo (tym bardziej miło, że zaoferował nocleg u siebie :)) Na szczęście okazało się, że nie było się o co martwić, bo Adrian okazał się wspaniałym gospodarzem, przewodnikiem i... kucharzem :D


Sekretnym składnikiem tortilli wg przepisu babci Adriana (czyli wszystko na oko ;D) jest mleko. Nie przepadam za cebulą, ale całość była absolutnie przepyszna i stanowiła bardzo miły początek pobytu w Barcelonie.
Zaraz po jedzeniu postanowiliśmy nie marnować czasu na sjestę, zrobiliśmy notatki na podstawie google maps i ruszyliśmy w kierunku parku Guell. Mieliśmy plan poruszać się na nogach, coby jak najwięcej miasta zobaczyć przy okazji, tylko nie przewidzieliśmy, że te 3 kilometry które wg google maps mieliśmy do celu, to dość stroma droga cały czas pod górę ;))

 Jako że dążenia separatystyczne to temat, na który uwielbiam rozmawiać z Hiszpanami, to stolica Katalonii wyjątkowo sprzyjała takim dyskusjom. Adrian mieszkał w Barcelonie dopiero od kilku tygodni, bo pochodzi z Galicji, więc tym bardziej jego spostrzeżenia były interesujące i tak różne od tego co mówił Ricardo w Walencji.

Jak łatwo się domyślić parkiem Guell się zachwyciłam. Było mnóstwo rosyjskich, japońskich i tureckich turystów, także żeby sobie zrobić obowiązkowe zdjęcie na mozaikowej ławce musieliśmy się sporo naczekać. 




Jeśli jakaś muzyka mogła oddać mój stan ducha, to tylko to:



Zrobiliśmy kolejny trzykilometrowy spacer (tym razem w dół) w kierunku Sagrady. Stałam i się zachwycałam dłuższą chwilkę, kiedy Adrian uprzejmie zapytał: 'To może pójdziemy już zobaczyć ją z przodu?'

Więc stałam i się zachwycałam jeszcze bardziej. Jeżeli uda się to kiedyś skończyć, to będzie ho ho ho.


Zrezygnowaliśmy z kolejnego spaceru i wzięliśmy metro nad morze. Słońce powoli zachodziło, a my człapaliśmy, trochę już upodleni ilością kilometrów, które przeszliśmy.






Przeszliśmy La Rambla (tu wyjątkowo bez zachwytów) do Plaza Catalunya (też bez większych zachwytów, bo w remoncie) i wróciliśmy do mieszkania Adriana, robiąc po drodze zakupy na kolację.



W końcu miałam okazję poznać współlokatorki Adriana, które okazały się przesympatyczne (choć mogłoby się wydawać dość niepokojące, że studenci nanofizyki bywają niesheldonowaci ;P). Upiekłam moje ostatnio najulubieńsze brownies, a Adrian zrobił rybę z pomidorami, papryką i cukinią. Chyba ta cukinia mnie przekonała, żeby spróbować, bo oprócz cebuli, unikam na ogół także papryki i ryby ;P A tu zjadłam nawet dokładkę!
Szybko się wyszykowaliśmy, Adrian założył koszulkę, którą mu sprezentowałam i zrobiliśmy kolejne kilometry na nogach, żeby dotrzeć na Welcome Party dla erasmusów, organizowane przez lokalną sekcję ESN. Jest już koniec listopada, a ja wciąż utrzymuję, że to była zdecydowanie najlepsza impreza na jakiej byłam w tym roku. Choć Adrian znał tam tylko jedną osobę, a ja kompletnie nikogo poza nim, to oboje się świetnie bawiliśmy. Dzięki koszulce Adriana szybko zlokalizowaliśmy grupę polaków, z którymi zostałam już do samego końca (o ironio!).
Wracaliśmy znowu pieszo, grubo po piątej i z perspektywą pobudki o 7, bo moi gospodarze o 8 wychodzili na zajęcia ;))
Mocno się zdziwili, że nie zostaję, żeby odespać, tylko znowu włączam program 'nie śpimy - zwiedzamy', i jadę z nimi na kampus uniwersytetu, bo tam...





Jednej tylko rzeczy nie przemyślałam, że tam o 9 rano zamknięte jest dokumentnie wszystko ;P Nie tylko muzeum, ale nawet sklep z pamiątkami, więc sfrustrowana wypiłam świeżo wyciskany sok z pomarańczy i poszłam dalej (nie będę wspominać, że akurat tego dnia Barcelona miała otwarty trening godzinę później, co obejrzałam później w katalońskiej telewizji, no ale...)



Za cel obrałam sobie park Montjuic, o którym to słyszałam, że jest tam super panorama na całą Barcelonę, a często turyści tam nie trafiają. Najpierw jechałam kolejką jak na Gubałówkę, potem moim oczom ukazała się kolejka linowa. Stwierdziłam że nie będę inwestować w wycieczkę na górę, tylko przejdę się kawałeczek, tak tylko żeby mi drzewa nie zasłaniały...


Szłam i szłam, aż doszłam na samą górę, gdzie ku mojemu zdumieniu znajdował się zamek.




Zamek, zamkiem, ale widoki zdecydowanie rekompensowały trudy wczłapania się na górę. Próbowałam tam uskutecznić drzemkę na trawie, ale jak zna złość wybrałam miejsce, koło jakichś pachnących krzaków, w których wprost roiło się od różnych, mało przyjemnych i brzęczących owadów. Do tego zrobiło się chłodno, więc zeszłam na dół, podjechałam jeszcze raz na Plaza Catalunya, żeby zwiedzić Hard Rock Cafe i akurat zbliżał się czas, kiedy Adrian wracał z zajęć.


Zjedliśmy razem lunch, zgarnęłam swoje rzeczy, pożegnałam Adriana, a 3 godziny później także zalaną deszczem Barcelonę. W tym miejscu pogoda przestaje mi sprzyjać, zasypiam wszędzie, gdzie tylko mogę usiąść, wraca kaszel, pojawia się katar, a ja marzę o kubku gorącej herbaty...


Ale ja do Barcelony jeszcze wrócę :) I to jak najszybciej jak się da!



___________________

MUSE! Tyle z kwesii bieżących ;)
Post a Comment