Sunday, 25 November 2012

Day: 6, 7, 8 - Paris (eurotrip odc. 7 - ostatni)

Tym razem będzie dużo tekstu na początku, a później zostawię Was z tryliardem zdjęć - jednak Paryż, to Paryż :)
Ze spraw bieżących: mobility week zbliża się wielkimi krokami, a wraz z nim Erasmus Day i Flashmob i to w zasadzie wyjaśnia czemu jestem taka zalatana. Do tego prezentacje na zarządzanie, kolokwium z angielskiego i prace do oddania w przeciągu półtora tygodnia... Żyję z kalendarzem w ręku i listami 'to do', bo bym zginęła marnie. Mistrzowsko zarządzam czasem - znowu udaje mi się wysypiać. 
W piątek byłam na Muse... było warto!


A co do Paryża... Koszmarnie długo zajęła mi podróż z Beauvais, padało i było potwornie zimno. Woda pluskała mi w balerinach, a wszystkie warstwy ubrań, które miałam na sobie nijak nie pomagały na wiatr i otaczającą mnie wilgoć. Byłam bardzo na nie i zwątpiłam w sens pchania się do Sztokholmu, straciłam entuzjazm, co do całej mojej wyprawy i chciałam wrócić do domu. Stan ten utrzymywał się przez jakieś 6 w porywach do 7 minut, do momentu kiedy weszłam do paryskiego metra. Natychmiast poczułam znajomy zapach (złośliwi twierdzą, że to zwyczajnie smród - jak dla mnie jest to po prostu bardzo charakterystyczny i intensywny zapach ;)), z bananem na twarzy kupiłam bilety i pomogłam sporej grupie polaków, którzy pozostali bezradni wobec obsługi biletomatu. Nie sprawdzałam żadnej mapki, na pamięć wsiadłam, wysiadłam, przesiadłam się i wysiadłam pod wieżą Eiffla. Czułam, że wróciłam.

Jakby to banalnie nie brzmiało, to Paryż jest miastem, w którym mogłabym żyć. Gdybym dostała taką szansę, to jeszcze dzisiaj bym się spakowała i tam wyniosła. To co innych w nim irytuje, dla mnie po prostu tworzy tę unikalną atmosferę. Ten mój jeden pełen dzień w Paryżu (drugiego się nie spodziewałam. Nie lubię do tego wracać, także historia czemu nie poleciałam do Sztokholmu jest TUTAJ) postanowiłam spędzić na przejściu optymalnie wszystkiego, za czym tak tęskniłam. Logiczne więc, że zaczęłam od Saint-Michael*  (creps!), na którym z Martą spędziłyśmy tryliard dni i nocy, przeszłam koło Notre-Dame, nad Sekwaną do Luwru i stamtąd przez Tuileries i plac Concorde, Champs-Elysees aż do samego Łuku Triumfalnego, gdzie wypiłam kawę w towarzystwie pary przemiłych Kanadyjczyków. Później Champs-Elysees w drugą stronę, metrem podjechałam na Chatelet i przeszłam się spacerem do Hotel de Ville, gdzie była bardzo fajna wystawa 'Paryż widziany przez Holywood', na którą zdążyłam wejść w ostatniej chwili przed zamknięciem. 
Później jeszcze dość dla mnie przypadkowo znalazłam się pod Moulin Rouge, ale to dłuższa historia. Tyle w kwestii łażenia po mieście... 
*zaczęłam w sumie od kupienia kaloszy w pierwszym sklepie do którego weszłam

Mój paryski host, to najcudowniejszy host jakiego można sobie było wyobrazić! Wpadł na to, że jak dzwonię do niego i od razu się rozłączam, po czym nie może ze mną nawiązać połączenia, to znaczy to, że padł mi telefon i stoję przed jego kamienicą, chciał zrobić mi kolację, bo pewnie byłam głodna po podróży (nie, nie byłam) i uraczył mnie zieloną herbatą (taaaak!). Florent ma cudowne mieszkanie, miałam dla siebie cały pokój z wygodnym, podwójnym łóżkiem, a spod prysznica widać wieżę Eiffla! Żyć nie umierać ;)
Do tego mój host okazał się człowiekiem tak szalenie inspirującym, że do tej pory, jak myślę sobie coś o mojej mętnej i nieokreślonej przyszłości, to biorę pod uwagę najbardziej szalone i ryzykowne opcje, bo skoro w jego przypadku się udało, to czemu mi miałoby nie wyjść :) Florent jest osobą, która mogłaby się przedstawiać: 'Hej jestem Florent i spełniam swoje marzenia'. Przy okazji bardzo polecam aplikację, która zacznie działać już bardzo niedługo, a której ja sama już się nie mogę doczekać :))
Po całym ciężkim dniu zwiedzania spotkaliśmy się na hyyyym 'wernisażu', który organizował, gdzie poznałam tryliard wspaniałych i szalenie interesujących osób. Ludzi z całej Francji, pracujących, studiujących lub odbywających staże w Paryżu, Niemkę i Polkę, które przyjechały tam na erasmusa, rdzennych paryżan i modelkę z Finlandii. Koło 23 już w zasadzie mogłabym wracać, ale byłam uzależniona od mojego hosta, który poznał mnie z kolejną masą swoich znajomych i oświadczył, że idziemy na imprezę. A imprezy w Paryżu mają to do siebie... że trzeba pójść, żeby wiedzieć o czym mówię :)

Paryż krótko, za to intensywnie, było cudownie!











































Post a Comment