Thursday, 8 August 2013

Z pamiętnika au pair

Z pamiętnika au pair: dzień 2
Adrian jest przeuroczy. Ściska za serce, kiedy krzyczy to swoje Ata, Ata, wyciąga rączki, żeby wziąć go na ręce (bagatela 17 kilo) i daje obślinione buziaki. Polubiliśmy się. Tak bardzo, że tylko trochę mnie zabolało, że dokumentnie obsrał mi ulubioną białą sukienkę. Dwulatki są spoko.
Adrian uwielbia basen. Sam ściąga buty, próbuje zdjąć koszulkę, zakłada kamizelkę po czym... nie wchodzi do basenu. staje na pierwszym stopniu schodów (ma tam wodę do kolan), ochlapuje siebie i wszystkich dookoła, na moment siada i zaraz wstaje, żeby wyjść. Powtarza to do znudzenia, ale nie ma szans, żeby dobrowolnie basen opuścił. Co jakiś czas biegnie na około basenu. Po co? Tego jeszcze nie wiem.
Adrian w ogóle lubi powtarzać. Jak nieopatrznie zacznę z nim myć ręce, to zaraz po tym jak je wytrzemy on zaczyna je myć od nowa. To samo z myciem zębów (wczoraj mył je 7 razy pod rząd). Pastę oczywiście połyka. Bon apetitte!
Adrian lubi też huśtawkę, pociągi, samoloty, a najbardziej lubi pralkę.

mój ulubieniec.
Dzisiaj chyba też wkupiłam się w łaski 4 letniej Charlotte. Ma blond włosy i nibieściuchne oczęta, a jest tak słodka, że można by ją zjeść. Jest bardzo niezależna, wszystko chce (i robi) sama. Wszystko poza jedzeniem. Biedactwo przy kolacji już była tak zmęczona, że mogłaby spokojnie zasnąć z buzią w talerzu. Doznałam zaszczytu, bo oświadczyła wszem i w obec, że ona  owszem chętnie pójdzie 'dodo', ale z Agatą. Aż mi oczy zaszły łzami ze wzruszenia w tej podniosłej chwili ;) Czytałam jej też dzisiaj przygody 'Oui oui'. Myślę, że rozumiała tylko dlatego, że zna tę bajkę na pamięć.
Reszta dzieciaków: siostra Adriana i Charlotte: sześcioletnia Juliette, ośmioletnia Isabella - ich kuzynka, która mówi płynnie w 3 językach (fantastycznie się czuję jak ośmiolatka mi tłumaczy z francuskiego na angielski), wnuczka znajomej rodziny, włoszka mówiąca po francusku: Victoria i adoptowany chłopiec z Rwandy, siedmioletni Gabriel, nie wymaga w zasadzie żadnej pomocy z mojej strony. Czasami  fajnie jak ktoś ich pobuja na huśtawce, posmaruje kremem z filtrem, znajdzie kapelusze, kostiumy, buty, piżamki, książeczki i naleje soku, ale szczególnie się z nimi nie męczę.
Moi gospodarze są dziadkami trójki: Adriana, Charlotte i Juliette oraz Isabelli. Przyjechała też do nich synowa Perrine z trójką dzieciaków: czteroletnim Paulem, dwuipółletnim  Maxime i 8 miesięczną Capucine. Jak się do tego doda jeszcze trójkę dzieci rudej sąsiadki, to się robi bardzo głośno, bardzo brudno i bardzo nikt się tym nie przejmuje.
A ja stoję jak urzeczona widokiem 10 dzieciaków skaczących w piżamkach na trampolinie.


w górze Gabriel

P.S.
W menu na wczoraj krewetki i ratatuille. Dzisiaj gazpacho i langustynki. Wielkie łóżko, białe ręczniki. Scenariusz prawie idealny.

Z pamiętnika au pair: dzień 3
 Dzień 3 - dzień kryzysowy. Adrian, Charlotte i Juliette wstali dzisiaj lewą nogą. Ja z całą pewnością wstałam prawą, ale już po godzinie zaczęłam mieć wątpliwości czy aby na pewno. Charlotte uparła się, żeby usiąść tam gdzie Juliette, a najlepiej na niej. Juliette ten pomysł się nie spodobał. Zaczęło się na pojedynku słownym, przerodziło w przepychanki i drapanie, a skończyło na ugryzieniach, kopniaku i półgodzinnej histerii Charlotte, zwanej w rodzinie Cha Chou. Biedactwo wyła i wyła bez żadnego powodu. Podobna historia powtórzyła się po południu, kiedy to Adrian chciał zabrać Charlotte wiaderko i ugryzł ją tak mocno, że aż sam się przestraszył i zaczął płakać. Przy dejeneur Cha Chou dwa razy spadła z krzesła na którym siedziała, a Adrian wywalił zawartość talerza. Koło 11 udało nam się zebrać na plażę. To duży wyczyn, bo przy 6 dzieciaków (Adrian, Charlotte, Juliette, Isabella, Victoria i Gabriel) zebranie się gdziekolwiek wcale nie jest proste. Każdy musi mieć buty (oba!), kostium kąpielowy, kapelusz, rękawki, kamizelkę lub koło ratunkowe (wedle prefrencji), wiaderka, łopatki, foremki i ręcznik. C'est fou ca, hum? Na plaży byliśmy tylko godzinę. Woda była przeraźliwie zimna, więc z ulgą sama się wyznaczyłam do czuwania nad Adrianem, który wziął sobie za punkt honoru całą wodę z oceanu wylać na plażę. 


Charlotte w pełni uroku

Dzieciaki mają króliki. W ogrodzie stoi klatka na ogrodzonym króliczym terenie. Co rano, kto pierwszy wstaje ten ma przywilej otwarcia ich klatki. Charlotte jest tak zdesperowana, żeby zawsze ją otwierać, że włazi za ogrodzenie, zagania króliki do środka, zamyka klatkę po czym jeszcze raz ją otwiera, opowiadając, że to ona dzisiaj wypuściła króliki. Adrian bardzo lubi króliki. Za bardzo. Biedne króliki nie lubią Adriana. Ja też coraz mniej. Skubany tak mnie dzisiaj ugryzł, że mam chyba spore szanse na bliznę ;) Straciłam cierpliwość przy kąpieli. Adrian z ochotą po basenie pobiegł do łazienki. Ale oczywiście nie do wanny, tylko po to żeby umyć zęby. Raz, drugi, trzeci. C'est fini Adrian. C'est fini... Po czterech razach udało mi się zachęcić go do odłożenia szczoteczki i wejścia do wanny. Mydło. Raz, drugi, trzeci, piąty i ósmy. Nie mogę go dotknąć nawet, bo krzyczy 'Arret!' i wpada w ryk. Adrian skończyłeś? Non! W tym czasie Charlotte jest czyściuchna, umyta, wysuszona i ubrana w pidżamkę. Adrian mydli się po raz kolejny. Także włosy. Nie daje sobie ich spłukać. Trudno, będzie ryk. Charlotte wychodzi z łazienki, za to wchodzą Isabella i Juliette - drugie w kolejce do wanny. Myją się same i wszystkich wyganiają z łazienki. Adrian nie chce wyjść z wanny. Isabella wpada na pomysł i kusi go szczoteczką do zębów. Brawo Isabella. Touche. Adrian daje się wyciągnąć z wanny, ale nie ma mowy żeby go wytrzeć albo ubrać - musi NATYCHMIAST umyć zęby. Zabieram pastę, szczoteczkę i Adriana do drugiej łazienki, żeby dziewczynki mogły się wykąpać. Ryk, histeria. Według Adriana łazienka się nie nadaje i musimy wracać. Zęby umyte kolejne 3 razy...


Dzieciaki są myte przed kolacją, przy czym zarówno przed nią, jak i po, idą się jeszcze bawić. Na dwór. W piaskownicy. Na trampolinie. Z królikami. Grać w piłkę. Na zjeżdżalnie i huśtawki. W uroczych piżamkach chodzą jeszcze 2-3 godziny, zanim zdecydują się iść do łóżka. Zabrudzone, zapiaszczone i lepiące się. Ale szczęśliwe, o.

Z pamiętnika au pair: dzień 5
Wczoraj już przez moment martwiłam się, że skończyła się przygoda, a zaczyna rutyna: o 8:30 siadałam do śniadania (ogromna kawa z mlekiem, tost z dżemem) i po kolei witałam domowników (Dziadków, Adriana, Charlotte, Juliette, Isabellę i Victorię - Gabriel jada ze swoimi dziadkami w innym domu, dzieciaki Perrine jedzą z nią, tak jak i dzieciaki Rudej). Sprzątałam po śniadaniu, ścieliłam łóżka dziewczynek i szłam pilnować, żeby Adrian i Charlotte dożyli do obiadu. Do znudzenia trampolina, huśtawka, króliki, piaskownica, stół do ping ponga, rysowanie... Nakryć do stołu, nakarmić Adriana, nakarmić Charlotte, nakryć do stołu dla dorosłych, zjeść, ufff - przerwa. Dwie godzinki na książkę i spanie i dalej: szykowanie na basen: kostiumy, krem, kapelusze, klapki, kamizelki, kółka, rękawki. Z wody, do wody, z wody, do wody. Ręczniki. Wyschnąć, piaskownica, trampolina, huśtawki. Kąpiel! Adrian w ryk, mycie zębów - Adrian w wannie, Charlotte wykąpana, Adrian nie chce wyjść. Adrian w ryk. Adrian myje zęby, Isabelle i Juliette myją siebie. Nie dać nikomu z nich się zabić. Nakryć do stołu. Kolacja. Obejrzeć te same odcinki Petit Ours Brune. Nakarmić Adriana. Nakarmić Charlotte. Huśtawka, dobranoc króliki. 'Pas dodo' - Adrian w ryk. Adrian do spania, Cha Chou do spania, Juliette do spania. Nakryć do stołu. Zjeść. Koniec dnia.
Martwiłam się tym jednak tylko przez moment, bo wieczorem przyjechali rodzice diabolicznej trójki, mama Isabelli, facet Rudej oraz mąż Perrine. Cały świat wywrócił się do góry nogami. Dzisiaj na przykład całe przedpołudnie spędziliśmy na plaży po odpływie (i to takim z 200 metrów jak nic), zbierając muszelki. Później zjedliśmy naleśniki w restauracji. Adriana umył tata, a kolację robiła Christina - mega! 

Perrine z Paulem i Maxime

Przesłodka Charlotte w moim kapeluszu

'A tak wylewam całe wiaderko wody z piaskiem na czystą polówkę'

Z pamiętnika au pair: DZIEŃ 9
W niedzielę Caroline zabrała mnie na rynek, a wieczorem pojechaliśmy zwiedzać Auray. 





Później przyszedł huragan. To była sensacja. Okna trzaskały, drzwi się nie chciały zamknąć, woda się lała z nieba strumieniami. Super sprawa! Huragan połamał trampolinę. O, to już prawdziwa tragedia.
Trampolina była tematem do kolacji dla wszystkich dzieciaków. Najstarsze opowiadały sobie z przejęcim jak to było i co z trampoliny zostało oraz jak powiedzieć, że trampolina się połamała we wszystkich znanych im językach. Najmłodsze - w tym Adrian, nazywany pieszczotliwie tyran-charmant, chodziły na boso po mokrej trawie głośno i z pewnym niedowierzaniem powtarzając, że nie ma trampoliny. Co wobec takiej tragedii mógł zrobić dziadek? Tylko jedno: zamówić nową! Trampolina przyszła dzisiaj - kolejna sensacja dnia. Jednak leży zapakowana i zostanie złożona jak przyjedzie jakiś syn/zięć, żeby pomóc dziadkowi.
W poniedziałek rano nowa tragedia: króliki uciekły z klatki. Dwie godziny, 7 utytłanych pidżamek, 8 obtartych kolan, 2 jabłka, szczotkę, mopa i 3 siatki na kiju później Zick i Zack z powrotem trafili na swoje miejsce. Za każdym razem jak królik pojawiał się w polu widzenia cała gromada biegła w jego kierunku, drąc się wniebogłosy: "Lapin! Lapin!". Po 20 minutach Perrine zarządziła, że dzieciaki siadają na trawniku i się z niego mają nie ruszać. Dalszą gonitwę za królikami uskuteczniali ona, dziadkowie, a później także i ja. Zick dość szybko trafił do klatki, Zack jednak długo się opierał i na moje oko przyszłego psychologa, to cały czas przeżywa tę straszną traumę.

Od góry: Victoria, Charlotte, Juliette, Maxime, Isabella z Capucine i Paul
Gab na polowaniu na króliki


Po południu przyjechała córka siostry Odile z mężem i dziewięcioletnim Thomasem. Thomas jest absolutnie super! Myślą tak też wszystkie inne dzieci - szczególnie Isabella – romans stulecia wyczuwam ;)
Włoszka Victoria uznała mnie za swoją BFF i przytula mnie ZA KAŻDYM razem kiedy znajduje się w zasięgu jej ramion. Nie jestem pewna czy nie zaczęło mi to już przeszkadzać ;)
Z innych przygód, to po raz pierwszy kąpiel Adriana przebiegła bez żadnych łez i krzyków. Udało mi się go nawet wytrzeć i założyć pieluchę. Protest pojawił się dopiero na etapie pidżamki czyli relatywnie późno.
Odbili to sobie podczas kolacji. Gabriel i Thomas pojechali gdzieś z dziadkami, więc po raz pierwszy cała reszta zasiadła do kolacji razem. Starsze dziewczynki: Isabella, Victoria i młodsza Juliette, średniaki: Paul i Charlotte i maluchy: Adrian i Maxime. Kolacja na stole, Adrian gotowy do jedzenia, reszty dzieciaków nie ma. Znalazłam dziewczynki, opornie siadają. Juliette wychodzi na zewnątrz bawić się na paczce z trampoliną. Znajduję chłopców. Paul z płaczem biegnie do mamy - nie chce jeść u Mathilde. Maxime nie chce siedzieć koło Adriana. Siada na drugim wolnym miejscu. Mathilde każe mu się przesiąść. Adrian okłada go łyżką. Adrian i Isabella skończyli zupę. Domagają się miniserków. Charlotte bierze miniserek. Nie zanurzyła jeszcze łyżki w zupie. Perrine pzyprowadza Paula. Juliette siada do zupy, ale zaczyna od miniserka. Adrian je trzeci. Maxime powoli kończy zupę, ale chce dostać miniserek zanim Adrian mu je zje. Victoria domaga się dokładki. Charlotte: "Jestem zmęczona, mamo karm mnie". Adrian zjada czwarty miniserek. Charlotte odkrywa, że stół jest za wysoko i przynosi fotelik samochodowy żeby usiąść. Karmie ją zupą. Wszyscy już mają drugie danie. Elektroniczna niania sygnalizuje, że Capucine płacze, więc Perrine po nią idzie i siada do stołu razem z nią. Wszyscy wstają, żeby pogłaskać/poklepać po głowie maleństwo. Juliette kończy zupę po czym wstaje i odkrywa w spiżarni crepes. Domaga się naleśnika na deser. Maxime nagle zalewa się łzami - nie radzi sobie z jedzeniem makaronu widelcem. Charlotte zaczyna krzyczeć, że chce do mamy. Bierze pół widelca z makaronem do buzi po czym zaczyna się trzepać i reszta wypada na nią, fotelik, stół i mnie. Za każdym razem - niezależnie od wielkości porcji. Drze się coraz bardziej. Mathilde karze jej iść spać. Kolejna fala przeszywającego ryku. Victoria pyta czy może dokładkę. Nie ma dokładki, Adrian wyrzucił na podłogę to co zostało...

Capucine się rozchorowała. Serce mi krwawi na widok 8 miesięcznego zasmarkanego maleństwa, z podkrążonymi oczami męczonego przez kaszel.

Z pamiętnika au pair: dzień 10
Jest gorzej. Adrian dzisiaj przeszedł sam siebie. Stoczyłam z nim prawdziwą czterdziestominutową walkę. najpierw o wyjście z basenu, potem o zdjęcie kamizelki do pływania. Prośby, groźby, nagrody, kary, szantaże, zachęty, dystrakcje...wszystkie metody postępowania z dziećmi szlag trafia przy osobie Adriana. Wył i wył, krzyczał, gryzł, kopał, szczypał. Po 40 minutach uratowała mnie siostra Odile zabierając Adriana do wanny. Z daleka ode mnie ochłonął i po 3 minutach znowu był moim bff.
Ja natomiast byłam poobijanym, pogryzionym i potwornie zmęczonym kłębkiem nerwów i jak tylko Mathilde wróciła poszłam pomagać gdzie indziej, popijając zieloną herbatę.

Dzisiejszy dzień miał dwa super ważne wydarzenia: złożenie trampoliny (yesssss!) i przyjazd Mimi. O Mimi słyszałam od Charlotte, gdy wczoraj ze smutkiem tłumaczyła Paulowi, że bardzo go lubi, ale od jutra już się nie będzie z nim bawić, bo przyjeżdża jej ukochana kuzynka. Mimi jest rówieśniczką Cha Chou. Jest córką kolejnego syna Odile i Patricka - Emanuela i przyjechała z nim i swoim starszym bratem Anzelmem oraz kuzynem wczoraj późno wieczorem. Mimi jest jak druga Charlotte - tylko jeszcze słodsza ;) Od 7 rano WSZYSTKO robiły razem: mycie zębów, śniadanie, wożenie lalek, chowanie się w szafie, puzzle, pływanie w basenie, skakanie na trampolinie, jedzenie, kąpiel, spanie... Gdzie Charlotte tam i Mimi - obie w sukienkach w paski i kapeluszach z koralikami na szyi i kokardkami we włosach. Czteroletnie księżniczki! :)



 Z pamiętnika au pair: dzień 11
Obrót spraw o 180 stopni. Adrian co prawda znowu mnie ugryzł i teraz mam ślad nie tylko na palcu ale i na dłoni, ale generalnie dzień przeszedł znacznie spokojniej. Zwroty akcji zaczęły się po 14 od przyjazdu Gwena. Historia jest taka, że Gwen był na erasmusie w Łodzi w zeszłym roku i po wspólnej majówce i openerze ciężko mi było dojść do siebie i pogodzić się z myślą, że nikłe są szanse na nasze kolejne spotkanie. Jaka jest szansa, żeby znaleźć pracę jako aupair 15 minut od miejsca, w którym spędza wakacje? Pewnie bliska zeru, ale zdarzył się cud i o - moją dzisiejszą przerwę spędziłam z Gwenem zwiedzając port.




Po powrocie kolejne zwroty akcji: przyjechała Caroline z dwoma synami: Giovanim i Pietro oraz ich dwoma kolegami. Chłopcy mają 13 i 15 lat (słowo daje, wyglądają na więcej, szczególnie że znacznie mnie przerastają) i są dwujęzyczni (yeaah!). Przywitali mnie szalenie uprzejmym Bonjour (boże, boże, naprawdę jestem stara), ale myślę, że są perspektywy, że się jakoś względnie dogadamy. Na konto ich przyjazdu Mathilde zarządziła grę w Gamela (zasady trochę jak w naszym chowanym-zaklepywanym, tylko jeszcze bardziej upierdliwe dla szukającego).

Podczas kolacji przyjechał ostatni syn Odile i Patrcika: Jean Baptiste ze swoją kobietą Caroline (boże jaka piękna!) i dwójką dzieci (w komplecie do Arthura, który przyjechał przedwczoraj z Emanuelem, Anzelmem i Mimi). Dwie godziny później dojechał jeszcze Yann (mąż Mathilde) i Pierre oraz moja rówieśniczka - Amerykanka Miranda, która przyjechała w odwiedziny do Perrine na weekend.
Kolacja była szalona, bo wszyscy przygotowują się na urodziny Patricka: ułożyli piosenkę, szykują kolację - generalnie pełen wypas, a obrady trwały od 21 do 20 po północy. Do tego planowane są rodzinne rozgrywki w piłkę nożną...
Cudownie jest mieć taką wielką rodzinę. 

Z pamiętnika au pair: dzień 12
Od rana szaleństwo z malowaniem laurek. Wielki stół został obłożony folią, dzieciaki miały na sobie narzutki do malowania lub śliniaczki (nie uchroniło ich to w absolutnie ŻADNYM stopniu), a przed nimi leżało mnóstwo kartonów, pędzelków i farb. Obrazków powstało ponad 20, większość jeszcze ciągle schnie, ale zabawa była przednia.


Mimi, Manon, Adrian, Charlotte
Później zaczęło padać i padało nieprzerwanie do 17. Dorośli gotowali i knuli w domach, a dzieci oglądały Atlantydę. Jak tylko przestało podać Caroline zorganizowała treasure hunting. Szkoda o tyle, że ja szykowałam swój na poniedziałek... muszę wymyślić coś innego.

Tomtom, Anzelm, Manon & Mimi
Thomas vel. Tomtom
Zaraz potem zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Dziadek z kilkoma innymi osobami został wywieziony w siną dal do... helikoptera. W tym czasie cała rodzina się przebrała w niebieskie koszulki "Papi fan club" i czekała na helikopter układając z siebie 75. Papi przyleciał, wzruszył się, małe, niebieskie smerfy zostały nakarmione i zaczął się ciąg dalszy: szampan i piosenka dla dziadka (stara francuska piosenka z autorskim tekstem Emanuela), a potem kolacja-niespodzianka: ostrygi, langustynki, krewetki, cukinia zapiekana z serem pleśniowym i tarta z jabłkami oraz ciasto czekoladowe. Wszystkie kolory wina... Wzruszyłam się dzisiaj kilkanaście razy takie to wszystko było słodkie. Przy kolacji siedziałam z "młodymi": Pietro, Giovanim i ich kolegą Pierrem. Było szalenie miło, bo miałam okazję więcej z nimi pogadać (angielski, uff!). Niesamowicie fajne chłopaki :) 
Padam z nóg - kolejny dzień z rzędu nie miałam przerwy poobiedniej. Do tego się rozchorowałam. Straciłam zupełnie głos - to nie za dobrze przy opiekowaniu się tyloma dzieciakami.




kolacja smerfów


Z pamiętnika au pair dzień 16 - powrót do Paryża
Siedzę w pociągu. Gnam TGV z Auray na Gare Montparnasse. Marta ma na mnie czekać. Mam ze sobą zarobioną kasę i śliczny szalik od Caroline. Najcudowiejsze, że mam też tradycyjną rodzinną bluzę - prezent od Mathilde. Ugryzienie na palcu od Adriana i smutek w sercu - szczerze pokochałam tę rodzinę. Pokochałam całą bandę zdrowo pokręconych ludzi, którzy wynajmują helikoptery, śpiewają stare piosenki i jak kretyni przebierają się na swoje własne rozgrywki olimpijskie (Caroline zorganizowała kilka dyscyplin, a każda z 3 drużyn <zieloni, fioletowi, pomarańczowi> musiała przygotować dekoracje w odpowiednim kolorze i się w niego przebrać - WSZYSCY potraktowali temat super serio>).







Manon




Thomas

Charlotte 

Adrian & Gio

Szczerze zazdroszczę tych kolacji na 19 osób, niekończących się wspomnień przy winie, wycieczek na naleśniki i zabaw w basenie. Pozwolili mi poczuć się jak członek rodziny - pokochali i zaakceptowali od samego początku. I błyskawicznie pochłonęli mój sernik :) Całą blachę! 
Będę tęskniła.

Czy było warto? Było. Miałam prawdziwe wakacje z dala od wszystkich trosk, problemów i internetu ;P Zmęczyłam się, ale też odpoczęłam. Przypomniałam sobie jak się mówi po francusku i zrobię wszystko, żeby tego znowu nie zapomnieć. Raptem dwa tygodnie, a ja czuję się jakby spadło na mnie kilka lat życiowych doświadczeń. No i umiem zmienić pieluchę biegnącemu dziecku - a to jest nie lada umiejętność!
Czy wciąż chcę mieć dzieci? Zapytajcie mnie za miesiąc ;)

Post a Comment