Monday, 16 September 2013

Portugalia [3] - portugalski, sól & Hogwart

Czas w Portugalii płynie inaczej. Zdecydowanie szybciej. 3 tygodnie intensywnego kursu Portugalskiego minęły w mgnieniu oka. Z każdym dniem coraz ciężej było się zwlec z łóżka i wstać na 9 rano, noce stały się drastycznie krótsze, a czasowników nieregularnych jak na złość - coraz więcej.

W zeszłym tygodniu w ramach naszych popołudniowych actividades odwiedziliśmy Museum de Aveiro. Nie narzekam. Fajnie było zobaczyć, szczególnie podobała mi się wystawa sztuki współczesnej. Dobrze, że poszliśmy tam w ramach kursu, bo nie ma szans, żeby ktokolwiek z nas wybrał się tam sam z siebie ;)










Następnego dnia zwiedzaliśmy ekomuzeum, w którym to pokazano nam naturalne metody uzyskiwania soli. Miałam jakiś kryzys... marzyłam tylko o butelce wody, cieniu i 10 stopniach mniej. Nie doczekałam się. Chodziłam, umierałam i marudziłam.



Beata lubi sól. MNIE

Krzysztof też lubi sól

Cały tydzień był mocno imprezowy (tak to już z Martą jest - nie śpimy, zwiedzamy!), ale już w ostatni wtorek Martusia wracała do Polski. Zbiegło się to z moim egzaminem z Portugalskiego i oddaniem filmu '3 tygodnie w Portugalii'. W międzyczasie przyjechała też Amandine, więc mieszkamy we dwie.
Już w środę za to przyjechała Asia i Kowal. Prawie idealnie, gdyby nie dziwna sytuacja z właścicielką mojego mieszkania. Nie, goście jednak nie są mile widziani. Strzelić sobie w łeb. Nie odwiedzicie mnie.

pierwszy portugalski deszcz. ulewa. oberwanie chmury. kataklizm. lepiej było płynąć do domu bez butów.
Mercado Negro. Najbardziej hipsterskie miejsce Aveiro.

Asia i Piotr w knajpie z kuchnią z Madery 

Już powoli zaczęło mi się nudzić wychodzenie codziennie w to samo miejsce, ale przyjechało mnóstwo nowych erasmusów i do Aveiro zjechali się wszyscy studenci na rozpoczęcie roku akademickiego, więc znowu życie odwróciło się o 180 stopni. Kampus (vel. Hogwart) był zapchany studentami w czarnych długich pelerynach z kapturami i pierwszorocznymi z wymalowanymi twarzami (ot, takie miłe tradycje kocenia pierwszaków). Teoretycznie zaczęły się już zajęcia, ale z powodu kursu portugalskiego jeszcze nie mogłam na nie chodzić. Byłam tylko na jednych i dowiedziałam się, że mam przyjść dopiero na egzamin. 6 godzin tygodniowo mniej, szukam praktyk.


Tygrysek poznany w 'Bar de estudante' na kampusie.

Mimo małej ilości zajęć jestem w tym portugalskim Hogwarcie jak Hermiona i muszę być w dwóch różnych miejscach w tym samym czasie. Jeszcze nie wiem jak. Nie lubię za to rejestracji na zajęcia - to już wiem na pewno.

 Z okazji ostatniego dnia zajęć z Portugalskiego poszliśmy na kolację. Na zdjęciu nasza ukochana Filomena i cała nasza grupa - czyli jak nazywała nas pieszczotliwie Filomena: Cinderelle.


P.S. Gdzieś niedaleko jest impreza. Na zmianę leci Michael Telo i Pink Floyd. To jest Portugalia - tego nie ogarniesz.

W następnym odcinku: Porto!
W kolejnym: imprezy, parasolki w Aguedzie, portugalskie jedzenie, pierwsze esnowe eventy i beach party
Post a Comment