Showing posts with label mentor. Show all posts
Showing posts with label mentor. Show all posts

Wednesday, 24 June 2015

7 reasons why joning ESN is the worst thing you can do

You don't have free time anymore.
Cause if you do, there is always a new event to plan, new ideas to share, new people to meet or… new emails to read. And if you manage to do some amazing time management and you get more time for yourself… well… ESN will take it all anyway. And the worst part - you will still be super excited about it.

You forgot the perks of all inclusive holidays.
You got so used to traveling like a local, having pocket money only, that you don't understand why do  you have to pay pay a looot for visiting a city, when you could simply get there by cheap flight/ hitchhiking/ bla bla car and crush on former erasmus or local ESNer couch. And have a beer where locals do! "Anyone from…?".

Cooperating with your classmates become challenging.
They know shit about project planning, dividing tasks and time management. In worst case scenario they believe using google docs requires super powers.

Your regular friends don't get what's all the fuss about.
"Sure. Foreigners. Ofc. THOSE erasmus people. Shouldn't you start doing something serious?". And my personal favourite one: "Omg, I don't get why are you sad. The new ones will come in few months, right?"

You became sadly realistic about yourself. 
ESN teaches you, that actually less is better and no-one would eat a blue banana. When audience fall asleep during your presentation it's not topic that is boring - you are. Oh and if you screw things up, you will receive very tasty feedback sandwich - until you learn how to do things in a right way. And you will have to learn all the time. And despite all of that…

You believe in unicorns.
In spite of the difficult daily life situations, you actually believe that everything is possible and eventually you will get everything you work for. Not alone obviously. Those are the fellow ESNers that will push you forward, support your ideas and not let you give up (ignoring tears and blood). Looking for the synergy effect? Well… ESN defines it. So if there is anyone I could blame for my ambitions, courageus life plans and not accepting being average - damn you ESN! All your fault!

And the worst of the worst…
You say goodbye more often than order a pizza
Even if you eat a lot of pizza. Yes. And be post-erasmus depressed in your own city. All. The. Time.  You will become best friends with people from other side of europe and then spend all your holidays and all your money on visiting them. Or you will become the "human skype". No matter how tough you think you are and if you locate your friendships in erasmus people or fellow ESNers, at some point, I guarantee, you will be sick of goodbyes. 
Then eventually you can also notice that all in all Europe is pretty small ;)

So now… find the local ESN section, meet those people and give them a waaarm hug. If they are already in - there is no way out. No rescue for them. So just go and show your emotional support.




Monday, 21 May 2012

Wiosna!

Nie wiem gdzie mi się podział cały ten semestr, nie wiem kto mi zabrał 3 miesiące z życia, nie wiem jak to możliwe, że już zaraz kolejna sesja i kiedy ja się ze wszystkim ogarnę. Bo to, że życiowo nie ogarniam, to stan constans i nikogo chyba już nie dziwi, że ciągle się śpieszę, nie dosypiam, chronicznie się spóźniam i nie mam czasu na wykład z biologii (oh. co za strata.).

Zaczynając od końcówki marca (lol.): pierwsze jako tako cieplejsze dni postanowiłam wykorzystać na wycieczkę do zoo z Nazli i częścią tureckiej mafii: Ozgurem, Burcin i Elif. Było to tak niesamowicie beztroskie i pełne dziecięcej radości przedpołudnie, że całkowicie naturalnym wydało nam się zakończenie zwiedzania na placu zabaw.
Już następnego dnia z Anią i Martą rozpoczęłyśmy najbardziej wyczekiwany tydzień zimy (lata? :P) bogacąc się o masę posnowboardowych siniaków w Valmeinier.

Nie wiem czy w zasadzie coś poza niewielką ilością francuzów było nie tak... Góry, śnieg, deski, pogoda lepsza niż w Bułgarii, (mimo niewiarygodnych obaw) przepozytywni współlokatorzy, pain au chocolate, DJ Justin na kongach i to niesamowite słońce :)) Temperatura nas tak rozpieszczała, że zakładanie na siebie czegoś więcej niż koszulki i bluzy byłoby głupotą (przy czym i tak przy odpoczynkach koszulki były jak najbardziej wystarczające, a widoczne na zdjęciach szaliki - przynajmniej w moim przypadku - lądowały w plecaku po pierwszej godzinie). 
"Takie tam" obkładanie lodem trzeciego kolana ;) 
Naiwnie wierzę, że kiedyś skończę montować film z wyjazdu i wtedy światu ukażą się wszystkie nasze wyczyny (w moim wykonaniu najbardziej efektowne były upadki rzecz jasna. I ambitna narracja.). Nie obyło się bez spalonych nosów (ja i Ania), policzków, czoła (Marta), ramion (ja) oraz prawej dłoni (oh wow: ja). Z pamiątek mam wspaniałe wspomnienia, spidermanowy wzór na wyświetlaczu telefonu i pocztówkę z koziorożcami, wysłaną w Warszawie.

Natomiast ustaliłyśmy z Martą zgodnie, że choć jest tam wspaniale, to dwa razy wystarczą i w przyszłym roku ruszymy gdzieś indziej :) 


Kwiecień zaczął się od intensywnego nadrabiania zaległości na studiach (historie z uchem + Francja), święta, a potem już do samego końca mnóstwo imprez. Do faworytów należy integracja ESN UŁ i ESN EYE, czyli impreza w Ikarusie, której zdecydowanie nie opiszą żadne statyczne i wyważone emocjonalnie przymiotniki. 
Ważne, że wszyscy przeżyli :))
Piotrek, Agnieszka, Ola, Magick
Fantastycznie bawiłam się na FlowErasmus party przynajmniej zanim wszyscy przyszli ;)) Tam też po raz pierwszy zabrałam gdzieś ze sobą Sławka - mojego imaginary boyfriend. Jeszcze w kwietniu pokonaliśmy w nocy kilometry po Piotrkowskiej, integrowałyśmy się w babskim gronie, Justice do znudzenia przy różnych okazjach i międzynarodowe karaoke. Sama nie wiem kiedy ten miesiąc mi zleciał...
Wraz z końcem kwietnia zaczęły się cudne upały, a z początkiem weekendu majowego także słodkie lenistwo. Wylegiwanie na działce i balkonie, Intouchables z profesjonalną prelekcją dotyczącą tła fabuły w wykonaniu Baptiste (mojego partnera z programu Tandem - kolejna rekrutacja w przyszłym semestrze), włoska kolacja (rewanż po naszych pierogach), spontaniczne spotkania w parku "U Mielczara" (tak powinna brzmieć tabliczka, o!) i mniej spontaniczne na stawach, a do tego siedzenie do 5 na balkonie u Marty na dobry początek "małych wakacji" vel. polandtripa. 
od lewej: Marfa, Martyna, Asia, Alice, Mathieu, Daniele, Mathieu
Po 6,5 godzinnej podróży wylądowaliśmy w Gdańsku. W Polsko-Francusko-Włoskim gronie. Mimo przerażających prognoz miasto przywitało nas uroczym słońcem i pierwsze wrażenie zrobiło jak najbardziej czarujące. Na miejscu dołączył też do nas Baptiste, który (dzięki bogu) miał przewodnik (inna kwestia, że z błędami) i nie raz i nie dwa ratował nas przed pełną pogardą za brak znajomości historii tego pięknego miasta ;))

Drugiego dnia zaskoczyła nas bardzo przyjazna temperatura i po zwiedzaniu Oliwy (lub Ołiwy według francuskiego przewodnika) ruszyliśmy do Sopotu, by cieszyć się morzem (i goframi). Po południu dołączył do nas Gwen, Mats nabył piłkę ze spidermanem i tak spędziliśmy prawie cały dzień w okolicach plaży.
Wieczorem pogoda zepsuła się dokumentnie, było paskudnie zimno i popadywało, więc zamiast nocnego siedzenia na plaży, Hewi zabrał nas na karaoke


Marfa, Mathieu, Daniele
Baptiste, Gwen, Alice, Daniele, Mathieu

W piątek rano Marta, Asia i Baptiste wrócili do Łodzi, a my w deszczowej aurze i konsekwentnie słabym samopoczuciu zwiedzaliśmy Stocznie i wystawę: Drogi ku wolności (serdecznie polecam). Kiedy zrobiliśmy przerwę na obiad na 16 piętrze, pogoda się znacznie poprawiła i mogliśmy kontynuowac spacer po Starówce w milszych warunkach. Wyjątkowo aktywny dzień zakończyliśmy pizzą na plaży w Sopocie i spacerem po molo. Aż z łezką w oku wspominam, tak mi tam wtedy było cudnie :)


Erasmusi wrócili w sobotę raniutko do Łodzi, a my z Martyną przed 12 wybrałyśmy się w długą drogę do Warszawy, gdzie mogłam spędzić kompletnie beztroską dobę z Magdą, nie martwiąc się o bilety, autobusy, kierunki ani zabytki. Zostałam tak ugoszczona na kolacji u koleżanki Magdy ze studiów, że mogłabym się tłuc do Warszawy choćby i co tydzień ;) Przy okazji nocnych spacerów udało nam się zahaczyć o niesamowicie już kultowe miejsce, opisane we wspomnianym wyżej przewodniku jako 'Przekatki Zakatki' (i jak tu nie kochać francuzów?).

Powrót do normalnego życia może i byłby bardziej bolesny, gdyby nie to, że tuż po weekendzie majowym zaczęły się Juwenalia na uniwerku. I tak na 3 dni wessało mnie lumumbowo, a gdzieś miedzy akademikami, grillami z erasmusami, macareną, T-love i Brodką udało nam się zrobić Marcie dwudziestkową niespodziankę. 
No i znowu trochę studiowania, fińska kolacja (cóż to za piękna tradycja :)), dyktando z hiszpańskiego na "muy, muy, muy bien!!!" i Juwenalia polibudy na czele ze Strachami i EastWest Rockers, dziwnymi znajomościami, orzeszkami i za dużą pizzą.
Z innych fajnych spraw, to nakręciłam film o włoskiej gestykulacji, byłam w szpitalu, naprawili mi ucho i z niego wyszłam, dostałam pracę i kibicowałam biegającym na Cała Polska Biega z Mapą i zakończonych dzisiaj Klubowych Mistrzostwach Polski (wszystkie moje zdjęcia tutaj).

Uf.
[a ze smutnych refleksji, to strasznie mi się życie wybrakowane zrobi jak ci erasmusi wyjadą. Amen.]

Tuesday, 13 March 2012

Ciężko mi usiąść na 5 minut i zająć się czymś od początku do końca. Ostatnie półtora miesiąca minęło mi jak chwilka. Najpierw zajęłam się reanimowaniem strony ESNu, później do Łodzi dotarł nasz "adoptowany" erasmus Ozgur, kilka dni później już właściwa erasmuska Nazli i wolne dni upływały mi na rozgryzaniu 'tureckiej mafii' :) Niesamowicie się z nimi zżyłam, bo to bardzo pozytywni ludzie i ciągle utrzymuję, że do końca semestru będę mówiła po turecku.

Po 4 tygodniach wolnego zaczęłam nowy semestr. Nieustająco zachwycam się moimi zdolnościami w układaniu perfekcyjnego planu. Co prawda nie mam wolnych piątków, ale obowiązkowe zajęcia tylko w dwa dni i tylko jedno okienko znacznie mi to rekompensują. Do tego to co się teraz pojawia na zajęciach, to wszytsko niesamowicie ciekawe rzeczy, także mój styczniowy kryzys "zrujnowałam sobie życie" jakoś przeszedł :)

Później organizowaliśmy Orientation Week dla nowych erasmusów. Ominęły mnie niestety kręgle, ale zwiedziałam wszystkie inne wydarzenia: photowalk, city game, łyżwy i pub crawl. A na koniec punkt kulminacyjny całego, zabieganego tygodnia: welcome party w... pomarańczy ;P


Od tej nieszczęsnej imprezy wróciła nam z Marfą 'paryska telepatia' (straciłyśmy ją w ogóle w sumie? ;P). Tak czy siak, do bardzo przyjemnych znajomości zawartych w lutym musimy jeszcze dopisać niewyobrażalnie pozytywnych erasmusów z politechniki.
Także już te ostatnie tygodnie minęły bardzo intensywnie, gdzieś między tępymi muszkami, pierwszymi lekcjami hiszpańskiego ('Soy francesa pero ahora vivo en Barcelona', 'Tu eres viejo y estupideo pero guapo' ;P), francuskim w wydaniu oficjalnym (subjonctif <3) i mniej (Lyon, a nie Lyon przecież), imprezami w dużych ilościach, planowaniem wakacji, chodzeniem do kina na beznadziejne filmy, niespodziankami, odliczaniem dni do snowboardu (9!), kawą, kakaem i czekoladą, a co najważniejsze... panem Strelauem (<3<3!!! Dzięki niemu moje wieczory są takie fascynujące!).
Nie śpimy: czytamy, imprezujemy i intensywnie się cieszymy :)

[do mojej niekończącej się historii wrócę niebawem :)]

Thursday, 26 January 2012

Od nowa

Ci którzy mnie znają trochę dłużej niż ostatnie kilka miesięcy mogą być zaskoczeni decyzją o pozostawieniu bloga na onecie i przeniesieniu się tutaj. Sama nie do końca wiem co się stało, że przez 6 lat myśl o zostawieniu tej literatury wysokich lotów (hua hua) powodowała natychmiastowe łzy w oczach, drżenie brody no i w ogóle jak to tak, a tak nagle, wczoraj, stwierdziłam, że raz kozie śmierć i się wyniosłam.
Oczywiście niczego nie usuwam, niech ON sobie tam nadal mchem zarasta. Ale mnie będzie można znaleźć tutaj. I mam nadzieję, że częściej niż dotychczas :) W końcu lubię zaczynać nowe rzeczy.
Tyle gwoli wstępu. Jak już zaliczę ostatni egzamin (poniedziałek przyp. red.), to zbiorę się w końcu żeby napisać jak to we Francji wszytsko było (co prawda moja mama ciągle truje, żebym książkę od razu stworzyła, ale myślę że kilka zdań tutaj w zupełności styknie ;P).
Z innych fajnych spraw, to zaliczyłam 6/9 wszystkich koszmarów z tego semestru. Czekam na wyniki socjologii i historii myśli psychologicznej, bo mam niestety takie wewnętrzne przeczucie, że to drugie uśmiechnie się jeszcze po mnie w poprawce.
A już we wtorek, do Łodzi przyjeżdża Turczynka - Erasmuska, której mentorem będę przez najbliższy semestr. Can't wait!