Jest już marzec i całymi siłami zapewniam się, że dzisiejsza pogoda, to nie jakiś wyskok i generalnie będzie się sukcesywnie ocieplać. Marzę ile się da, planuję, wymyślam, szukam, liczę i czuję, że chyba mogę wreszcie ze wszystkim trochę zwolnić, bo w chwili naturalnej bezczynności (stanu kompletnie dla mnie obcego od już sama nie pamiętam jak dawna) nie złapie mnie typowo zimowy ból istnienia. Myślami już jestem przy wakacjach, truskawkach, słońcu, pociągach i ciepłych wieczorach, zatem bez obrzydzenia mogę wyleźć spod kołdry i wspomnieć ostatnich kilka miesięcy.
Dzisiejszy post sponsorują bardzo ciepłe wspomnienia z Campus Europae Student Council meeting, które odbyło się w pierwszej połowie listopada w Portugalii.
Jak zostałam SR na UŁ sama za dobrze nie wiem ;) I w zasadzie przez pierwszy miesiąc wciąż nie miałam pojęcia z czym to się je i czego oni w ogóle ode mnie chcą. Szybko musiałam się doszkolić o co chodzi z tym całym Campusem, pomóc Julianowi w dużej ilości raportów i maili i w zasadzie już trzeba było planować Mobility Month i pakować torbę do Aveiro ;)
Podróż zaczęłam późnym wieczorem od odwiedzenia w Warszawie Magdaleny. Niestety poranne loty mają to do siebie, że wymagają wczesnej pobudki, a w przypadku mieszkania w Łodzi przetransportowania się do Warszawy dzień wcześniej. Jak łatwo się domyślić udało nam się nadrobić wszystkie zaległości, ale na sen już czasu nie starczyło i brutalnie wczesnymi autobusami musiałam zmierzać na Okęcie. Do Frankfurtu doleciałam o bardzo wczesnej godzinie pełna zapału do zwiedzania miasta podczas koszmarnie długiej (ponad 10 godzin) przesiadki.
Jeśli ktoś o jakiejkolwiek porze dnia i nocy zaproponowałby mi jakąkolwiek podróż, to zgarnęłabym torbę i w ciemno pojechała. Wiem jednak z całą pewnością, że gdyby ktoś sprecyzował, że jest to podróż do Frankfurtu, to życzyłabym szerokiej drogi i z godnością zaszyła się pod kołdrą. Było szaro, buro, generalnie niespecjalnie ciekawie i jakby tego mało, to wszyscy mówili po niemiecku ;P Po wypiciu niezliczonej ilości rozgrzewających kaw na dworcu, skapitulowałam i postanowiłam wrócić na kolejny tryliard godzin na lotnisko. Udało mi się w końcu kimnąć, kiedy Kuba dał znać, że doleciał. Przetransportowanie się z miejsca gdzie byłam, do naszej bramki zajęło mi bitą godzinę, a wcale nie szłam z drugiego końca lotniska!
Od tego momentu podróż nie była już tak okropnie nieznośna, ale przed nami jeszcze był samolot do Porto (gdzie dołączyła do nas Kristina), metro (do którego szliśmy już z Silvią), oczekiwanie we mgle na pociąg i jeszcze godzinna podróż do Aveiro. Grzecznie, bez żadnych imprez, zaraz po dotarciu do hostelu, wzięłam prysznic i zasnęłam jak aniołek.
Bo już w piątkowy poranek... Czekał nas spacer na Universidade de Aveiro i cały dzień warsztatów. Mieliśmy niesamowite szczęście do pogody, bo słońce świeciło do tego stopnia mocno, że udało mi się trochę spalić nos (to akurat żaden wyznacznik) i spokojnie można było siedzieć w krótkim rękawku.
Czas na ekspresowe zwiedzanie znaleźliśmy dopiero przed portugalską kolacją*.
Cały następny dzień spędziliśmy na obradach różnej treści. Pogoda już nie była taka piękna, padało i było dużo chłodniej.
A wieczorem, przy kolacji świętowaliśmy wybranie nowego prezydenta i vice wedle zasady 'za pieniądze Unii baluj' :)
Po kolacji poszliśmy jeszcze potańczyć do jakiegoś mikroskopijnego pubu i integrować się z 'localsami'* ;) Nie muszę chyba mówić, że opuszczanie Aveiro z samego rana było bardzo smutne (dla niektórych nawet bolesne ;P). Postanowiłam jednak sobie, że gdzie bym nie wylądowała na erasmusie, to choć na chwilę tam wrócę.
O ironio :)
Po wielu rozterkach, wypisywaniu plusów i minusów, liczeniu, pytaniu tryliardów osób o radę, postanowiłam szalenie zaryzykować i aplikować o erasmusa tylko na jednej uczelni... w Aveiro. Uznałam, że jednak zależy mi, żeby jechać z CE z zarządzania i choć usłyszałam milion razy, że 'nie praktykuje się, żeby studenci po pierwszym roku wyjeżdżali', to uparłam się jak wół. I póki co (tfu, tfu) efekt jest taki, że kolejny rok akademicki spędzę w Portugalii.
*Wbrew złośliwym insynuacjom, to wcale nie jedzenie i propozycje matrymonialne skłoniły mnie do zmiany planów, choć na pewno swój wpływ miały ;)) Niemniej czujcie się zaproszeni nad ocean ;))
Ostatnie pond półtora miesiąca to praca, hiszpański, pieczenie ciast, tęsknota chroniczna, uzasadnione płacze i planowanie.
Hiszpański na te wakacje już zakończyłam, w pracy jeszcze 3,5 tygodnia, ciasta jak piekłam tak piekę, tęsknię, bo już tak chyba mam, ale w końcu plany wdrażam w życie.
Planowanie tych wakacji przeszło już wszystkie możliwe fazy od 'zróbmy coś szalonego', przez 'zaplanujmy to dokładnie', 'może jednak da się uratować ideę', 'pierdole nigdzie nie jadę', 'a może coś w ogóle z innej bajki?', 'zróbmy coś szalonego', 'zdajmy się na innych', 'pierdole nigdzie nie jadę' i 'no trudno, szukam substytutów' aż po 'a w sumie czemu by jednak nie wrócić do punktu wyjścia'.
Dzięki refleksowi Wajdosa i akcji kupowania biletów do Mediolanu za 18 złotych w obie strony, plany na wrześniowe wakacje nabrały kolorów. Siedziałam, myślałam, planowałam, liczyłam. Do tego później doszło dużo telefonów, maili przez pół Europy i tak sama siebie postawiłam przed faktem, że robię błyskawicznego eurotripa.
6 miast, 8 dni, 4 kraje, 6 lotów i 10 kilo bagażu podręcznego. Czy i jak się uda będę wiedziała już na koniec września :))
Prawie zaraz po moim powrocie zacznie się kolejny rok akademicki. Nie mogę się doczekać (podwójnie), bo jednak wakacje, wakacjami, ale faktycznie studia przynoszą mi dużo radości, są szalenie interesujące i nawet siedzenie na tych mniej ciekawych wykładach ma swój urok. Do tego strasznie ciekawi mnie drugi kierunek, ludzie, zajęcia i wszystko generalnie.
Nowy rok akademicki to też nowe działania ESNu, nowi erasmusi, kolejne imprezy i dużo przynoszącej satysfakcję pracy.
A póki co mamy koniec sierpnia i jeszcze bity miesiąc wolnego przede mną (w pracy hua hua hua) i z wyjątkowym smutkiem zmienikam prefiks. Dzielę się jedną z moich ukochanych piosenek, bo Alex jest dobry na wszystko. Nawet na starość!
Wyciągam zwinięty w rulon i dokumentnie przemoknięty line-up z posklejanymi stronami i lecimy!
Na próżno szukam jakiś punktów wspólnych z zeszłorocznym open'erem, bo poza pogodą wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Począwszy od zasobów ludzkich, po ogólne wrażenia artystyczne. Ruszyliśmy z Łodzi pociągiem niemalże w środku nocy (6:02) w mistrzowskim składzie (Daniele, Mathieu x2, Gwen i Sylu) i prawie bez przygód (gubienie legitymacji, gubiące się taksówki, brak numerów, przestawiony zegarek uff, Święte Mikołaje, Superman i R2D2) dotarliśmy do Gdyni, by zostawić bagaże chłopaków z przechowalni (dobytek z całego semestru erasmusa), zjeść coś i doczłapać się na pole. Choć nie padało (jeszcze), to już na głównej drodze campingu robiło się nieco bagniście i tak jak wtedy założyłam kalosze, tak prawie ich nie zdjęłam do samego końca.
Udało nam się znaleźć z Darią (mentorką Mathieu) i pierwszy wieczór spędziliśmy w Gdyni, a potem, spotykając znajomych starych i starszych oraz poznając randomowych ludzi, na polu namiotowym (ot, taka openerowa tradycja). W międzyczasie wywiało nas pod ciężarówkę Redbulla, gdzie spotkałam się z pierwszą pozytywną niespodzianką tego openera. Freaks On Floor przynieśli nam kilka minut naprawdę fajnej zabawy, że już nie wspomnę nawet o walorach estetycznych w postaci wokalisty podobnego do Gerarda Pique, poruszającej choreografii i głosie przypominającym momentami wokalistę Kings of Leon.
Drugi dzień pobytu przywitał nas deszczem, więc kiedy szliśmy po Martę, to pole namiotowe już zaczynało płynąć. Dużo będzie tych dygresji o błocie, z góry przepraszam.
zdjęcie robione tosterem.
Po obiedzie w Gdyni i opracowaniu perfekcyjnie wodoodpornych i jakże stylowych outfitów (folia + kalosze zawsze spoko) względnie ogarnęliśmy plany koncertowe. Zaczęłyśmy od drugiej połowy Fisza i Emade. Z przyjemnością posłuchałyśmy '30 cm' na dobry początek openera, a potem dziewczyny wysłuchały mojej kilkuminutowej tyrady (pierwszej na tym festiwalu):'jak to nie było na koniec czerwonej sukienki?!' [Inne bolące mnie tematy to: 'Czemu znowu nie mam festiwalowej gazety?!', 'Czemu mam wodę w kaloszach?!', 'Czy wszyscy muszą kąpać się na raz?!', 'Jak dopłynąć do namiotu?!', 'Czy ktoś mu uprzejmie wytłumaczył, żeby najpierw pytał się tych dziewczynek o wiek?!', 'Która to TA Magdalena od pająka?!' i tak dalej...]
Koncert The Kills to dla mnie głównie cudowna Alison i równie cudowni bębniarze. Mimo, że znam dokładnie jedną ich piosenkę, to miło było popatrzeć na perfekcyjne, dopracowane ruchy stojącej z tyłu czwórki mężczyzn i zupełnie przeciwnie: spontaniczne, dziwne, a przy tym hipnotyzujące zachowania wokalistki. Jak uciekałyśmy, to akurat zagrali 'Sour Cherry', także byłam w pełni ukontentowana ;)
A uciekałyśmy szybko bo w Tencie grał Yeasayer. Może niech ta wersja mojej ulubionej piosenki wypowie się sama za siebie:
Od kiedy Sylwia puściła mi ich po raz pierwszy, momentalnie zakochałam się w ich płycie live i absolutnie ten koncert mnie nie rozczarował. Szczególnie, że i ludzie stojący w naszej najbliższej okolicy jakoś czuli po co się tam znaleźli.
Po tym koncercie udało nam się odnaleźć z chłopakami (a biorąc pod uwagę, że już wtedy większość miała rozładowane telefony, to wcale nie było takie proste) i już razem poszliśmy na moment posłuchać Bjork. Lekko nadszarpnęłam tym kaprysem cierpliwość ukochanych francuzów, ale przeboleli kilka utworów, ja zacieszyłam z 'All is full of love' i zgodziłam się na powrót do tentu. Za mało Bjork słyszałam, żeby się wypowiadać na temat całego koncertu, ale niezaprzeczalnie brzmiała jak wróżka i cała oprawa miała w sobie coś magicznego. Inna kwestia, że spodziewałam się, że będzie to coś bardziej poruszającego, ale może właśnie w tym cały urok.
Z maina ruszyliśmy z powrotem do tentu, zatrzymując się po drodze na chwilę na Gogol Bordello (nie rozumiem ochów i achów, zarządziłam dalszy marsz), by wylądować na The Ting Tings [goosbumps!]. Sam koncert byłby ekstra, gdyby nie to, że akurat stanęliśmy jakoś koło ludzi, których ktoś tam wysłał chyba za karę i mimo ciągłego przesuwania się do przodu, nie mogliśmy trafić na lepsze otoczenie. Mimo tego oczywiście impreza na 'Shut up and let me go' czy 'That's not my name' była nieziemska.
Ten długi, pierwszy dzień postanowiliśmy zakończyć spełnieniem marzenia Mathieu i wybraniem się z nim na koncert Wiz Khalifa (który przez nieporozumienie, w jednym z naszych namiotów dostał pseudonim 'Łódź Kaliska'). Po raz kolejny się miło zaskoczyłam, bo, poza uporczywie tkwiącym mi w głowie 'Black and yellow', znałam jeszcze kilka piosenek (o czym wcześniej nie wiedziałam :)), a koncert był bardzo pogodny i stanowił ładne zakończenie dnia.
Początki pola namiotowego, kiedy nikt jeszcze w jeziorach na nim nie łowił ryb.
Drugiego dnia festiwalu przywitało nas piękne słońce, więc w nieśmiertelnych kaloszach wypłynęliśmy z pola namiotowego w kierunku Sopotu. Wypiliśmy kawę, posiedzieliśmy na plaży, odwiedziliśmy pizzerię, w której byliśmy w maju i już się zbieraliśmy z powrotem... Najpierw próbowałyśmy z Martą ogarnąć koncert Penderecki// Greenwood, ale po dwudziestu minutach uznałam, że 'trzeba ponownie zdefiniować alternatywę' i raczej na dalsze słuchanie nie mam nastroju. Spacerem ruszyłyśmy by zobaczyć co fajnego śpiewa Jamie Woon, ale ja znowu po jakimś czasie zarządziłam odwrót, zeby stestować silent disco i zdążyć na Major Lazer.
Gorąco polecam cały koncert (jak ktoś ma wolne półtorej godzinki czasu rzecz jasna. Jak nie, to ściąga: proszę sobie włączyć minutę 15, KONIECZNIE 25, i 1:24). To co się tam działo, to czyste szaleństwo. Jeśli chodzi o energie wśród publiczności, to myślę, że koncert dorównywał Crystal Fighters sprzed roku. Wszyscy reagowali na polecenia jak zahipnotyzowani, nawet jeśli dotyczyło to ściągania garderoby (a może w sumie wszyscy przyjęli z ulgą ten pretekst, bo w tym dzikim tłumie było koszmarnie gorąco). Przed Major Lazer udało nam się przypadkiem wpaść na Dybę i mniej przypadkiem spotkać z resztą naszej międzynarodowej gromadki, także na ML bawiliśmy się razem (a 'bawiliśmy' jest tu jedynym adekwatnym słowem, taka to była zabawa!).
Takie tam z uzębieniem. Zdjęcie zrobione ekspresem do kawy.
Dopuściłam się jednak rzeczy niewybaczalnej i uciekłam z ML na pół godziny by wpaść chociaż na moment na The Maccabees. Serce mi krwawiło okrutnie wiedząc, że muszę wybrać, między niesamowitą imprezą, a wspaniałym koncertem i w ostatniej chwili postanowiłam zaryzykować i pobiec do tentu, by nie zmarnować tej szansy. I to, że tam byłam, było jednym z moich lepszych pomysłów na openerze, bo chłopaki w wydaniu live wypadli fantastycznie, tak indie, że bardziej indie już się chyba nie da. Choć uwielbiam ich ostatni album, to jednak mile mnie zaskoczyło, że dużo grali starszych utworów, które mają przecież zupełnie inny, bardziej energiczny klimat. Usłyszałam 'First love' zrobiłam w głowie na szybko bilans zysków i strat i pewnie niemoc podjęcia decyzji co zrobić, zatrzymała by mnie gdzieś po środku między worldem a tentem, gdyby nie to, że padł mi telefon i zrozumiałam, że jedyną szansą, by znaleźć resztę jest wrócić na Major Lazer (który notabene grał i grał, a myślałam, że skończy bardzo szybko). Każdy kto tam był, wie, że znalezienie kogokolwiek w openerowym tłumie graniczy z cudem, chyba że jest się wysokim i nosi kapelusz. A że Gwen do niskich nie należy, a kapelusza udało mu się nie zgubić, to znalazłam go całkiem sprawnie tuż pod sceną, gdzie dożyliśmy do końca koncertu.
zdjęcie robione kalkulatorem. Transparent był do d... Druga jego część została uwieczniona wyłącznie aparatem, który JESZCZE się nie odnalazł. A na zdjęciu Mats,
I Kiedy już wszyscy mieliśmy endorfin po uszy, a Marta nawet po same końcówki włosów, przyszedł czas na Justice. Jak ważny to był koncert mogą poświadczyć toaletowe przygotowania (drugi z 'transparentów' głosił: 'You'll never be alone again Agata' i razem z hasłem 'I will always Sopot you' stanowiły zapewnienia Mata, że to że zaraz wyjeżdżają, to nie koniec świata - to jest koniec świata przyp. red.). Ja osobiście czułam ciągle, że jestem świadkiem legendarnej chwili, tak jakoś się wszędzie wokół zrobiło patetycznie. Niemniej jednak, nie mam z czym tego porównywać, więc zamarudzę tylko, że było krótko. Bezcenny był natomast wyraz pełnego szczęścia na twarzy Daniele podczas 'We are your friends'. I mój, gdy sobie przypomniałam, że kojarzy mi się z nim ta piosenka od pierwszej wspólnej imprezy gdzieś na początku marca. I w naszym openerowym wykonaniu jej tekst brzmiał dla mnie tak prawdziwie, jak jeszcze nigdy.
Odnaleźliśmy się wszyscy dopiero na campingu, dopchaliśmy do mycia i pożegnaliśmy Mathieu, odprowadzając go na autobus w promieniach wschodzącego słońca... (brzmi jakże tandetnie, ale tak właśnie było!). Dzięki bogu największy zainteresowany był mocno przetyrany całym dniem i miał mało czasu, więc obyło się bez rzewnych pożegnań.
taka tam Marta. Zdjęcie robione blenderem.
Dzień trzeci znowu przywitał nas wysoką temperaturą, a że wszyscy zgodnie byliśmy mocno zmęczeni, zrezygnowani, a niektórzy nawet mieli spalone nosy (oh wow.) cały dzień nie zrobiliśmy nic, poza chodzeniem (pełzaniem) z karimatą w poszukiwaniu cienia. Miałyśmy plan, żeby się zebrać wczesniej na teren festiwalu i pójść do kina, ale pokonała nas kolejka pod prysznic i po raz pierwszy chłopakom udało się gdziekolwiek wyjść przed nami. Gdy dotarłyśmy była już 17:15, więc postanowiłyśmy pozwiedzać sobie wszystko to, na co wcześniej nie miałyśmy czasu (wygranie olbrzymich okularów ESNu - checked!). Zjadłyśmy i kupując coraz to kolejne kubki wody, ległyśmy na L.Stadt. Słuchałyśmy jednym uchem, w międzyczasie walczyłyśmy o przetrwanie na openerowej patelni. Zwiedzając dalej, nagrałyśmy swój taniec ough.) i wróciłyśmy na Bloc Party. Tam zostawiła nas Sylu, a my po jakimś czasie przeszłyśmy się, by posłuchać Łona Weebber & The Pimps. Wróciłyśmy pod maina całkiem szybko, by być blisko na Franz Ferdinand.
Rozpoznałam, że szwedzkie przysłowie jest szwedzkim przysłowiem i lans w takich goglach był nieziemski. Z lewej Sylu. Zdjęcie robione gofrownicą.
Był to najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert tego Openera. FF słucham od lat - czasami z mniejszym, czasami z większym zaangażowaniem, ale zawsze do którejś płyty (znaczy prawie zawsze do 'Tonight: Franz Ferdinand' ^^) z radością wracam. I niezaprzeczalnie przyniósł mi ten koncert mnóstwo radości, siniaków, obtarć na spalonych ramionach i zdarte gardło. Ale udało nam się jakimś cudem siebie z Martą nie zgubić i nasze zwłoki dotransportować nawet później do Tentu. Niemniej czułam się cudnie, bo nie znałam tylko nowych piosenek (2? 3?), a wszystkie, tak lubiane przeze mnie utwory w wersjach live na prawdę miały dużo mocy. Już pod koniec rozczulili mnie dokumentnie grając całym zespołem na jednej perkusji (czekam na cover Gotye, z gitarą się kiedyś udało) i pozostawili mnie wyszczerzoną od ucha do ucha z tej radości, że taki to był zgrabny koncert.
Dowleczenie naszych wymęczonych zwłok pod tent, było trudniejsze niż mogłyśmy sądzić. Jednak zbliżało się m83, więc musiałyśmy przeboleć ból (hehe.) spalonych ramion i pleców i skacząc przez ukochane bagna dotrzeć do... 10 metrów przed namiotem, bo tam właśnie na kilka minut od rozpoczęcia koncertu kończył się tłum. Że byłyśmy we dwie, to sukcesywnie przesuwałyśmy się bliżej, ale i tak namiot zdecydowanie nie pomieścił wszystkich fanów. Nie należę do psychofanek, porządnie znam tylko ostatnią płytę, ale nie zmienia to faktu, że stałam tam jak zaczarowana i nawet skłonna uznać tę godzinkę za najlepszy koncert openera. Na 'Midnight city' w końcu zrozumiałam, nieogranialny wcześniej dla mnie fenomen tej piosenki i jak łatwo się domyślić od openera mam ją prawie na zapętleniu.
Po jedzeniu, odpoczynku, zmarznięciu i wielu innych perypetiach z gubieniem się, niedogadywaniem i moim 'nie wiem o co mi chodzi, ale chodzi mi o to bardzo mocno' wieczór zakończyliśmy z Martą, Mathieu, Daniele i Darią pod redbull stage żeby (a jakże!) więcej poskakać.
zdjęcie zrobione mikrofalówką.
Ostatniego dnia wszystko się działo dla mnie za szybko i za bardzo. Kupiliśmy bilety na pociąg, zrobiliśmy zakupy, zjedliśmy obiad i posiedzieliśmy sporo czasu na chodniku w cieniu, bo było nam tam za dobrze, żeby się ruszyć w ambitniejsze miejsce. W międzyczasie obtarły mnie kalosze, a słoneczne dotąd niebo zaczęło dawać jasne sygnały, że 'oj, oj, oj, zanosi się na deszcz'.
Fantastyczny chodnik w Gdyni.
Po powrocie na camping napisałam elaboraty na pamiątkowych flagach Mathieu i Daniele i już musieliśmy się pakować. Udało nam się spakować dwa namioty, a do trzeciego wrzucić wszystkie nasze bagaże dokładnie w chwili gdy zaczynało padać. W drodze na festiwal lekki deszczyk przerodził się w ulewę, ta wprawdziwe oberwanie chmury i tak lało i lało, a my schowaliśmy się w... teatrze na prawie godzinę. Na szczęście deszcz, choć intensywny, był krótki i szybko nad jednym wielkim openerowym bajorem wyszło słońce. W takich okolicznościach podziwialiśmy Mumfrod and sons. Do tego bonusowa tęcza, piękne chmury, piękne niebo i zaskakująco urocza muzyka. Mumford and sons dostali nieformalny tytuł dużej, miłej, openerowej niespodzianki, bo rzadko kiedy zdarzają się koncerty z tak podnoszącym na duchu przesłaniem.
Marta, Gwen i Sylu. Zdjęcie robione mikserem.
Skład nam się modyfikował, ale z Martą, Daniele i Gwenem odiwedziliśmy silent disco. I tym razem ja osobiście się bawiłam tam tak świetnie, że pewnie zostalibyśmy i dłużej, gdyby nie Friendly Fires. Sama powinnam się wyśmiać za tak niesamowite ogarnięcie, bo oczywiście sluchałam ich wcześniej, jednak nigdy nie przywiązując się do nazwy. I tak dopiero po powrocie do domu zdałam sobie sprawę, że jednak tak na prawdę nie wybrałam losowo zespołu, który zobaczę, tylko moja podświadomość wybrała nazwę, którą już doskonale znała. Głupia ja. Po raz kolejny na tym openerze zakochałam się w wokaliście i myślę, że nie ma w tym absolutnie nic dziwnego. Uwielbiam sceniczne wulkany energii i oryginalne style poruszania, a w obu tych skalach facet wypada znakomicie. Koncert niesamowicie na plus!
Miałam w planie nie poruszac się już nigdzie ze wzgledu na odciski, ale jednak sumienie kazało mi przespacerować się pod main na the XX. Chwała i cześć mojemu sumieniu - było warto! Jeśli nawet nie słuchając the XX ani trochę, miałam ciary i wrażenie, że rozpływam się od środka, to już o czymś świadczy.
Na dobry koniec dnia znowu poczłapałyśmy do tentu na SBTRKT. Kolejny fajny występ na mojej ulubionej scenie, basy poruszające od środka (w przenośni! A dosłownie poruszały mi np. nos, utrudniając oddychanie), miła muzyka i co ciekawe, możliwość potańczenia BEZ zabijania się nawzajem w otaczającym tłumie (a myślałam że tak się nie da). W kierunku namiotu szłam już jak zombie, ale przez kolejne nieporozumienie (ah te rozładowane telefony) chwilę musiałyśmy poczekać w okolicy burn beat. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego soundtraku do ostatnich chwil openera niż TO.
black&yellow Mathieu w obiektywie krajalnicy.
Ze smutkiem zwinęliśmy ostatni namiot i rozpoczęliśmy żmudny proces wracania. Najpierw przepłynęliśmy przez pole namiotowe, potem pogrzebałyśmy kalosze, które po 4 dniach noszenia non stop stały się niewodoszczelne, upierdzieliłam całe nogi błotem idąc w japonkach, porwałam torbę, w której niosłam namiot i śpiwór Filipa, prawie nie zdążyłam się pożegnać z Mathieu, żeby zdążyć na autobus, a na sam koniec wsiadając do niego, musiałam wejść w bagno po kostki.
Krótkie ogarnięcie się na dworcu i kolejne pożegnania - tym razem z Daniele. A potem pociąg, kilka godzin snu, trochę czytania, melancholijne patrzenie w szybę i żegnanie Gwena na dworcu w Łodzi.
W tym miejscu wyłączyła mi się bajka.
jak zabić kaloszki - poradnik S&A w przygotowaniu.
Drugi dzień chodzę i ryczę po kątach, bo wszystko mi się wali, a do tego pożegnałam naprawdę cudownych ludzi. Nie tylko ot takie ciekawostki społeczne, tylko zwyczajnie ludzi, których z miejsca pokochałam, do których się przywiązałam i bez których jeszcze trochę będzie mi ciężko.
Chciałabym wierzyć, że wszyscy się kiedyś razem znowu spotkamy, znowu zjemy pierogi, fińskie żelki, francuskie naleśniki albo prawdziwą włoską pastę, że znowu odkryjemy że słuchamy takich samych wykonawców, których nie zna nikt, pośpiewamy włoskie piosenki albo posłuchamy fińskiego biebera, będziemy 'mówić' po polsku i poszukamy podobieństw do chorwackiego. Przez godzinę będziemy wychodzić na ostatni tramwaj, będziemy grać w gry i nosić jabłka. Będziemy się świetnie bawić i cieszyć, że się znamy.
Ja mam taki plan, a plany generalnie wykonuję - czasami z drobną modyfikacją.
I tak w ramach post-erasmus depression (nie chcę myśleć, jakie to musi być straszne w pełnym wymiarze, skoro ja nawet nie opuściłam kraju!) znowu wróciłam do szukania tanich lotów.
A na chwilę obecną 9 godzin hiszpańskiego tygodniowo i mnóstwo godzin w pracy. Jeden dzień wolny w tygodniu. Wakacje - yaaay.
Już nie budując napięcia powiem, że nie na piątki, ale wszystko udało się zaliczyć. I tak jak na początku sesji płakałam rodzicom, że nie dam rady z pracą, bo nie mam się kiedy uczyć ("Może trzeba było więcej imprezować i częściej z erasmusami wychodzić, na pewno byś teraz więcej umiała" & "Mogłaś się uczyć wcześniej, bo spójrzmy prawdzie w oczy - przebalowałaś cały semestr" - okrutne oszczerstwa rzecz jasna :P Bo przecież baaardzo systematycznie czytałam literaturę na ćwiczenia [inna kwestia w jakich godzinach i po jak późnych/wczesnych powrotach] i nawet chodziłam na wykłady w poniedziałki [bo jakoś na czwartkowe biologie już mi było zawsze za daleko]), tak po wynikach ostatniego egzaminu płakałam, że nigdy już nie będę się uczyć systematycznie, bo nie dostałam żadnej nauczki, nie widzę sensu w byciu pilną studentką i w ogóle udowodniłam sobie i całemu światu, że można zdać wszystko ucząc się dzień (różnice indywidualne, emocje i motywacja) a nawet wieczór przed egzaminem (procesy poznawcze) [biologii nie wymieniam, bo to cud nad Bałutką]. Na swoją obronę dodam tylko, że w sumie bardzo dużo pamiętałam z ćwiczeń, dużo czytałam i w ogóle to są tak szalenie interesujące rzeczy, że same zostają w głowie. Do tego opracowaliśmy do perfekcji naukę na skypie oraz naukopikniki z poziomkami, także ja mam generalnie wspomnienia z sesji bardzo miłe :)
W każdym razie tym bardziej doszłam do wniosku, że skoro ogarnęłam sesję i pracę (ponad 130 godzin, egzaminy, francuski i hiszpański, ha!) na raz, to jakoś dam chyba radę z drugim kierunkiem i choć zdecydowałam już ostatecznie, że go wezmę, to ciągle nie podjęłam decyzji co w zasadzie chcę studiować. Mam to poczucie, że o ile psychologii w pewnym momencie byłam już całkowicie pewna i wiem, że to była dobra decyzja, to jednak mój plan na życie będzie w dużej mierze zależał od tego drugiego kierunku. Spędza mi to sen z powiek, także jak ktoś ma jakieś ciekawe pomysły, proszę się nie krępować i śmiało interweniować.
Sama praca jest o tyle fajna, że (aż trudno uwierzyć) ciężko się nudzić. Czasami myślę sobie, że jest aż za mało monotonna i moja ostatnio wybitnie wysokoreaktywna osobowość protestuje na tyle, że po 8 godzinach pracy nadaję się tylko do tego by iść spać ;) Ale plus są na pewno są dziewczyny, z którymi szalenie miło mi się pracuje i ogólna sympatyczna atmosfera.
Jeden tylko minus znaczny, że przez to że w większości pracowałam popołudniami, to na palcach jednej ręki mogę zliczyć mecze fazy grupowej które obejrzałam. A jeszcze dwa miesiące temu marzyłam o tym, żeby co jakiś czas zerknąć w jakieś notatki, oglądając dwa mecze dziennie i popijając colę z lodem i cytryną!
Może też dlatego, że obejrzałam tylko dwie drugie połowy występów Polaków, nie bolała mnie tak strasznie ostatnia porażka.
Miałam w sumie wrażenie, że temu kosmicznemu szaleństwu przyglądam się z boku. I choć oczywiście gorąco kibicowałam naszej drużynie, ba! święcie wierzyłam, że tym razem na 3 meczach się nie skończy, z prawdziwym fanatyzmem czytałam wszystkie możliwe doniesienia z tego co się dzieje/działo/może zadziać przed/po/w trakcie rozgrywek i ciągle nie mogę się pozbyć dreszczy przy oglądaniu filmu, którego nie powstydziłby się na pewno Leonidas, to skala tego co działo się w naszym kraju jeszcze kilka dni temu, jest dla mnie absolutnym fenomenem. Oczywiście, dodawanie wymiaru historyczno-politycznego do meczu z Rosją, moim skromnym zdaniem niepotrzebnie tylko podnosiło napięcie u obu stron, ale generalnie ten partiotyczny piłkoszał uznaję za zjawisko optymistyczne - ignorując wszystkich europrzeciwników i sarkastycznych PP (prawdziwych Polaków), którzy z zadartymi nosami wytykali bezsens kupowania flagi na euro, a nie na święta narodowe, przez kilka dni można było mieć wrażenie, że udało się Polakom zjednoczyć w wyższym celu (na tak długo oczywiście jak nie odpadliśmy z euro, ale nie oczekujmy cudów).
I tak wszystkim, synchronicznie, nad grillem, chipsami i piwem, w polskich barwach na mniejszych i większych płaszczyznach, serca zamierały w tych samych momentach i w tej samej chwili w strefach kibica, pubach i wielu domach można było usłyszeć okrzyk radości.
Jeżeli ktoś mi powie, że to nie było piękne i nie niosło ze sobą jakiegoś dziwnego i ciężkiego do wytłumaczenia poczucia zjednoczenia, to wtedy serdecznie będę mu współczuła. Bo jak dla mnie - tak właśnie kształtuje się polski patriotyzm w XXI wieku i do czasu (tfu, tfu) jakieś katastrofy innego nie będzie!
Może zamiast marudzić na flagi na samochodach i szukać winnych 'czemu to było tak jak zawsze, a nie tak jak byśmy chcieli', warto by było podtrzymać trochę ducha narodu i dalej, z równą mocą wspierać naszych siatkarzy, a później reprezentację olimpijską?
Ja póki co korzystam z tych pojedynczych wolnych wieczorów, które raz na jakiś czas mi się zdarzają i dalej kibicuje Hiszpanii...
A w ogóle to jest świetna godzina na ciężkie życiowe decyzje i generalnie egzystencjalne przemyślenia i tak sobie pomyślałam, że jeśli w te wakacje nie uda się spełnić mojego wielkiego marzenia, to nic się nie stanie, ono poczeka, a ja w tym czasie spełnię inne - taka ostatnio jestem dobra w realizowaniu tego, co sobie wymyślę! O!
(6 dni do openera :D )
A i jeszcze jedno! jak komentator w finale tuż przed meczem znowu przytoczy słowa hiszpańskiego hymnu, to wyjdę z siebie i stanę obok... Nie widziałam na tych mistrzostwach żadnego śpiewającego piłkarza - w większości nucą sobie melodię, bo hymn Hiszpanii "Jest jednym z nielicznych hymnów państwowych, który nie ma oficjalnie zatwierdzonych słów, a jedynie melodię." (dziękuję Ciociu Wikipedio)