Showing posts with label praca. Show all posts
Showing posts with label praca. Show all posts

Thursday, 8 August 2013

Z pamiętnika au pair

Z pamiętnika au pair: dzień 2
Adrian jest przeuroczy. Ściska za serce, kiedy krzyczy to swoje Ata, Ata, wyciąga rączki, żeby wziąć go na ręce (bagatela 17 kilo) i daje obślinione buziaki. Polubiliśmy się. Tak bardzo, że tylko trochę mnie zabolało, że dokumentnie obsrał mi ulubioną białą sukienkę. Dwulatki są spoko.
Adrian uwielbia basen. Sam ściąga buty, próbuje zdjąć koszulkę, zakłada kamizelkę po czym... nie wchodzi do basenu. staje na pierwszym stopniu schodów (ma tam wodę do kolan), ochlapuje siebie i wszystkich dookoła, na moment siada i zaraz wstaje, żeby wyjść. Powtarza to do znudzenia, ale nie ma szans, żeby dobrowolnie basen opuścił. Co jakiś czas biegnie na około basenu. Po co? Tego jeszcze nie wiem.
Adrian w ogóle lubi powtarzać. Jak nieopatrznie zacznę z nim myć ręce, to zaraz po tym jak je wytrzemy on zaczyna je myć od nowa. To samo z myciem zębów (wczoraj mył je 7 razy pod rząd). Pastę oczywiście połyka. Bon apetitte!
Adrian lubi też huśtawkę, pociągi, samoloty, a najbardziej lubi pralkę.

mój ulubieniec.
Dzisiaj chyba też wkupiłam się w łaski 4 letniej Charlotte. Ma blond włosy i nibieściuchne oczęta, a jest tak słodka, że można by ją zjeść. Jest bardzo niezależna, wszystko chce (i robi) sama. Wszystko poza jedzeniem. Biedactwo przy kolacji już była tak zmęczona, że mogłaby spokojnie zasnąć z buzią w talerzu. Doznałam zaszczytu, bo oświadczyła wszem i w obec, że ona  owszem chętnie pójdzie 'dodo', ale z Agatą. Aż mi oczy zaszły łzami ze wzruszenia w tej podniosłej chwili ;) Czytałam jej też dzisiaj przygody 'Oui oui'. Myślę, że rozumiała tylko dlatego, że zna tę bajkę na pamięć.
Reszta dzieciaków: siostra Adriana i Charlotte: sześcioletnia Juliette, ośmioletnia Isabella - ich kuzynka, która mówi płynnie w 3 językach (fantastycznie się czuję jak ośmiolatka mi tłumaczy z francuskiego na angielski), wnuczka znajomej rodziny, włoszka mówiąca po francusku: Victoria i adoptowany chłopiec z Rwandy, siedmioletni Gabriel, nie wymaga w zasadzie żadnej pomocy z mojej strony. Czasami  fajnie jak ktoś ich pobuja na huśtawce, posmaruje kremem z filtrem, znajdzie kapelusze, kostiumy, buty, piżamki, książeczki i naleje soku, ale szczególnie się z nimi nie męczę.
Moi gospodarze są dziadkami trójki: Adriana, Charlotte i Juliette oraz Isabelli. Przyjechała też do nich synowa Perrine z trójką dzieciaków: czteroletnim Paulem, dwuipółletnim  Maxime i 8 miesięczną Capucine. Jak się do tego doda jeszcze trójkę dzieci rudej sąsiadki, to się robi bardzo głośno, bardzo brudno i bardzo nikt się tym nie przejmuje.
A ja stoję jak urzeczona widokiem 10 dzieciaków skaczących w piżamkach na trampolinie.


w górze Gabriel

P.S.
W menu na wczoraj krewetki i ratatuille. Dzisiaj gazpacho i langustynki. Wielkie łóżko, białe ręczniki. Scenariusz prawie idealny.

Z pamiętnika au pair: dzień 3
 Dzień 3 - dzień kryzysowy. Adrian, Charlotte i Juliette wstali dzisiaj lewą nogą. Ja z całą pewnością wstałam prawą, ale już po godzinie zaczęłam mieć wątpliwości czy aby na pewno. Charlotte uparła się, żeby usiąść tam gdzie Juliette, a najlepiej na niej. Juliette ten pomysł się nie spodobał. Zaczęło się na pojedynku słownym, przerodziło w przepychanki i drapanie, a skończyło na ugryzieniach, kopniaku i półgodzinnej histerii Charlotte, zwanej w rodzinie Cha Chou. Biedactwo wyła i wyła bez żadnego powodu. Podobna historia powtórzyła się po południu, kiedy to Adrian chciał zabrać Charlotte wiaderko i ugryzł ją tak mocno, że aż sam się przestraszył i zaczął płakać. Przy dejeneur Cha Chou dwa razy spadła z krzesła na którym siedziała, a Adrian wywalił zawartość talerza. Koło 11 udało nam się zebrać na plażę. To duży wyczyn, bo przy 6 dzieciaków (Adrian, Charlotte, Juliette, Isabella, Victoria i Gabriel) zebranie się gdziekolwiek wcale nie jest proste. Każdy musi mieć buty (oba!), kostium kąpielowy, kapelusz, rękawki, kamizelkę lub koło ratunkowe (wedle prefrencji), wiaderka, łopatki, foremki i ręcznik. C'est fou ca, hum? Na plaży byliśmy tylko godzinę. Woda była przeraźliwie zimna, więc z ulgą sama się wyznaczyłam do czuwania nad Adrianem, który wziął sobie za punkt honoru całą wodę z oceanu wylać na plażę. 


Charlotte w pełni uroku

Dzieciaki mają króliki. W ogrodzie stoi klatka na ogrodzonym króliczym terenie. Co rano, kto pierwszy wstaje ten ma przywilej otwarcia ich klatki. Charlotte jest tak zdesperowana, żeby zawsze ją otwierać, że włazi za ogrodzenie, zagania króliki do środka, zamyka klatkę po czym jeszcze raz ją otwiera, opowiadając, że to ona dzisiaj wypuściła króliki. Adrian bardzo lubi króliki. Za bardzo. Biedne króliki nie lubią Adriana. Ja też coraz mniej. Skubany tak mnie dzisiaj ugryzł, że mam chyba spore szanse na bliznę ;) Straciłam cierpliwość przy kąpieli. Adrian z ochotą po basenie pobiegł do łazienki. Ale oczywiście nie do wanny, tylko po to żeby umyć zęby. Raz, drugi, trzeci. C'est fini Adrian. C'est fini... Po czterech razach udało mi się zachęcić go do odłożenia szczoteczki i wejścia do wanny. Mydło. Raz, drugi, trzeci, piąty i ósmy. Nie mogę go dotknąć nawet, bo krzyczy 'Arret!' i wpada w ryk. Adrian skończyłeś? Non! W tym czasie Charlotte jest czyściuchna, umyta, wysuszona i ubrana w pidżamkę. Adrian mydli się po raz kolejny. Także włosy. Nie daje sobie ich spłukać. Trudno, będzie ryk. Charlotte wychodzi z łazienki, za to wchodzą Isabella i Juliette - drugie w kolejce do wanny. Myją się same i wszystkich wyganiają z łazienki. Adrian nie chce wyjść z wanny. Isabella wpada na pomysł i kusi go szczoteczką do zębów. Brawo Isabella. Touche. Adrian daje się wyciągnąć z wanny, ale nie ma mowy żeby go wytrzeć albo ubrać - musi NATYCHMIAST umyć zęby. Zabieram pastę, szczoteczkę i Adriana do drugiej łazienki, żeby dziewczynki mogły się wykąpać. Ryk, histeria. Według Adriana łazienka się nie nadaje i musimy wracać. Zęby umyte kolejne 3 razy...


Dzieciaki są myte przed kolacją, przy czym zarówno przed nią, jak i po, idą się jeszcze bawić. Na dwór. W piaskownicy. Na trampolinie. Z królikami. Grać w piłkę. Na zjeżdżalnie i huśtawki. W uroczych piżamkach chodzą jeszcze 2-3 godziny, zanim zdecydują się iść do łóżka. Zabrudzone, zapiaszczone i lepiące się. Ale szczęśliwe, o.

Z pamiętnika au pair: dzień 5
Wczoraj już przez moment martwiłam się, że skończyła się przygoda, a zaczyna rutyna: o 8:30 siadałam do śniadania (ogromna kawa z mlekiem, tost z dżemem) i po kolei witałam domowników (Dziadków, Adriana, Charlotte, Juliette, Isabellę i Victorię - Gabriel jada ze swoimi dziadkami w innym domu, dzieciaki Perrine jedzą z nią, tak jak i dzieciaki Rudej). Sprzątałam po śniadaniu, ścieliłam łóżka dziewczynek i szłam pilnować, żeby Adrian i Charlotte dożyli do obiadu. Do znudzenia trampolina, huśtawka, króliki, piaskownica, stół do ping ponga, rysowanie... Nakryć do stołu, nakarmić Adriana, nakarmić Charlotte, nakryć do stołu dla dorosłych, zjeść, ufff - przerwa. Dwie godzinki na książkę i spanie i dalej: szykowanie na basen: kostiumy, krem, kapelusze, klapki, kamizelki, kółka, rękawki. Z wody, do wody, z wody, do wody. Ręczniki. Wyschnąć, piaskownica, trampolina, huśtawki. Kąpiel! Adrian w ryk, mycie zębów - Adrian w wannie, Charlotte wykąpana, Adrian nie chce wyjść. Adrian w ryk. Adrian myje zęby, Isabelle i Juliette myją siebie. Nie dać nikomu z nich się zabić. Nakryć do stołu. Kolacja. Obejrzeć te same odcinki Petit Ours Brune. Nakarmić Adriana. Nakarmić Charlotte. Huśtawka, dobranoc króliki. 'Pas dodo' - Adrian w ryk. Adrian do spania, Cha Chou do spania, Juliette do spania. Nakryć do stołu. Zjeść. Koniec dnia.
Martwiłam się tym jednak tylko przez moment, bo wieczorem przyjechali rodzice diabolicznej trójki, mama Isabelli, facet Rudej oraz mąż Perrine. Cały świat wywrócił się do góry nogami. Dzisiaj na przykład całe przedpołudnie spędziliśmy na plaży po odpływie (i to takim z 200 metrów jak nic), zbierając muszelki. Później zjedliśmy naleśniki w restauracji. Adriana umył tata, a kolację robiła Christina - mega! 

Perrine z Paulem i Maxime

Przesłodka Charlotte w moim kapeluszu

'A tak wylewam całe wiaderko wody z piaskiem na czystą polówkę'

Z pamiętnika au pair: DZIEŃ 9
W niedzielę Caroline zabrała mnie na rynek, a wieczorem pojechaliśmy zwiedzać Auray. 





Później przyszedł huragan. To była sensacja. Okna trzaskały, drzwi się nie chciały zamknąć, woda się lała z nieba strumieniami. Super sprawa! Huragan połamał trampolinę. O, to już prawdziwa tragedia.
Trampolina była tematem do kolacji dla wszystkich dzieciaków. Najstarsze opowiadały sobie z przejęcim jak to było i co z trampoliny zostało oraz jak powiedzieć, że trampolina się połamała we wszystkich znanych im językach. Najmłodsze - w tym Adrian, nazywany pieszczotliwie tyran-charmant, chodziły na boso po mokrej trawie głośno i z pewnym niedowierzaniem powtarzając, że nie ma trampoliny. Co wobec takiej tragedii mógł zrobić dziadek? Tylko jedno: zamówić nową! Trampolina przyszła dzisiaj - kolejna sensacja dnia. Jednak leży zapakowana i zostanie złożona jak przyjedzie jakiś syn/zięć, żeby pomóc dziadkowi.
W poniedziałek rano nowa tragedia: króliki uciekły z klatki. Dwie godziny, 7 utytłanych pidżamek, 8 obtartych kolan, 2 jabłka, szczotkę, mopa i 3 siatki na kiju później Zick i Zack z powrotem trafili na swoje miejsce. Za każdym razem jak królik pojawiał się w polu widzenia cała gromada biegła w jego kierunku, drąc się wniebogłosy: "Lapin! Lapin!". Po 20 minutach Perrine zarządziła, że dzieciaki siadają na trawniku i się z niego mają nie ruszać. Dalszą gonitwę za królikami uskuteczniali ona, dziadkowie, a później także i ja. Zick dość szybko trafił do klatki, Zack jednak długo się opierał i na moje oko przyszłego psychologa, to cały czas przeżywa tę straszną traumę.

Od góry: Victoria, Charlotte, Juliette, Maxime, Isabella z Capucine i Paul
Gab na polowaniu na króliki


Po południu przyjechała córka siostry Odile z mężem i dziewięcioletnim Thomasem. Thomas jest absolutnie super! Myślą tak też wszystkie inne dzieci - szczególnie Isabella – romans stulecia wyczuwam ;)
Włoszka Victoria uznała mnie za swoją BFF i przytula mnie ZA KAŻDYM razem kiedy znajduje się w zasięgu jej ramion. Nie jestem pewna czy nie zaczęło mi to już przeszkadzać ;)
Z innych przygód, to po raz pierwszy kąpiel Adriana przebiegła bez żadnych łez i krzyków. Udało mi się go nawet wytrzeć i założyć pieluchę. Protest pojawił się dopiero na etapie pidżamki czyli relatywnie późno.
Odbili to sobie podczas kolacji. Gabriel i Thomas pojechali gdzieś z dziadkami, więc po raz pierwszy cała reszta zasiadła do kolacji razem. Starsze dziewczynki: Isabella, Victoria i młodsza Juliette, średniaki: Paul i Charlotte i maluchy: Adrian i Maxime. Kolacja na stole, Adrian gotowy do jedzenia, reszty dzieciaków nie ma. Znalazłam dziewczynki, opornie siadają. Juliette wychodzi na zewnątrz bawić się na paczce z trampoliną. Znajduję chłopców. Paul z płaczem biegnie do mamy - nie chce jeść u Mathilde. Maxime nie chce siedzieć koło Adriana. Siada na drugim wolnym miejscu. Mathilde każe mu się przesiąść. Adrian okłada go łyżką. Adrian i Isabella skończyli zupę. Domagają się miniserków. Charlotte bierze miniserek. Nie zanurzyła jeszcze łyżki w zupie. Perrine pzyprowadza Paula. Juliette siada do zupy, ale zaczyna od miniserka. Adrian je trzeci. Maxime powoli kończy zupę, ale chce dostać miniserek zanim Adrian mu je zje. Victoria domaga się dokładki. Charlotte: "Jestem zmęczona, mamo karm mnie". Adrian zjada czwarty miniserek. Charlotte odkrywa, że stół jest za wysoko i przynosi fotelik samochodowy żeby usiąść. Karmie ją zupą. Wszyscy już mają drugie danie. Elektroniczna niania sygnalizuje, że Capucine płacze, więc Perrine po nią idzie i siada do stołu razem z nią. Wszyscy wstają, żeby pogłaskać/poklepać po głowie maleństwo. Juliette kończy zupę po czym wstaje i odkrywa w spiżarni crepes. Domaga się naleśnika na deser. Maxime nagle zalewa się łzami - nie radzi sobie z jedzeniem makaronu widelcem. Charlotte zaczyna krzyczeć, że chce do mamy. Bierze pół widelca z makaronem do buzi po czym zaczyna się trzepać i reszta wypada na nią, fotelik, stół i mnie. Za każdym razem - niezależnie od wielkości porcji. Drze się coraz bardziej. Mathilde karze jej iść spać. Kolejna fala przeszywającego ryku. Victoria pyta czy może dokładkę. Nie ma dokładki, Adrian wyrzucił na podłogę to co zostało...

Capucine się rozchorowała. Serce mi krwawi na widok 8 miesięcznego zasmarkanego maleństwa, z podkrążonymi oczami męczonego przez kaszel.

Z pamiętnika au pair: dzień 10
Jest gorzej. Adrian dzisiaj przeszedł sam siebie. Stoczyłam z nim prawdziwą czterdziestominutową walkę. najpierw o wyjście z basenu, potem o zdjęcie kamizelki do pływania. Prośby, groźby, nagrody, kary, szantaże, zachęty, dystrakcje...wszystkie metody postępowania z dziećmi szlag trafia przy osobie Adriana. Wył i wył, krzyczał, gryzł, kopał, szczypał. Po 40 minutach uratowała mnie siostra Odile zabierając Adriana do wanny. Z daleka ode mnie ochłonął i po 3 minutach znowu był moim bff.
Ja natomiast byłam poobijanym, pogryzionym i potwornie zmęczonym kłębkiem nerwów i jak tylko Mathilde wróciła poszłam pomagać gdzie indziej, popijając zieloną herbatę.

Dzisiejszy dzień miał dwa super ważne wydarzenia: złożenie trampoliny (yesssss!) i przyjazd Mimi. O Mimi słyszałam od Charlotte, gdy wczoraj ze smutkiem tłumaczyła Paulowi, że bardzo go lubi, ale od jutra już się nie będzie z nim bawić, bo przyjeżdża jej ukochana kuzynka. Mimi jest rówieśniczką Cha Chou. Jest córką kolejnego syna Odile i Patricka - Emanuela i przyjechała z nim i swoim starszym bratem Anzelmem oraz kuzynem wczoraj późno wieczorem. Mimi jest jak druga Charlotte - tylko jeszcze słodsza ;) Od 7 rano WSZYSTKO robiły razem: mycie zębów, śniadanie, wożenie lalek, chowanie się w szafie, puzzle, pływanie w basenie, skakanie na trampolinie, jedzenie, kąpiel, spanie... Gdzie Charlotte tam i Mimi - obie w sukienkach w paski i kapeluszach z koralikami na szyi i kokardkami we włosach. Czteroletnie księżniczki! :)



 Z pamiętnika au pair: dzień 11
Obrót spraw o 180 stopni. Adrian co prawda znowu mnie ugryzł i teraz mam ślad nie tylko na palcu ale i na dłoni, ale generalnie dzień przeszedł znacznie spokojniej. Zwroty akcji zaczęły się po 14 od przyjazdu Gwena. Historia jest taka, że Gwen był na erasmusie w Łodzi w zeszłym roku i po wspólnej majówce i openerze ciężko mi było dojść do siebie i pogodzić się z myślą, że nikłe są szanse na nasze kolejne spotkanie. Jaka jest szansa, żeby znaleźć pracę jako aupair 15 minut od miejsca, w którym spędza wakacje? Pewnie bliska zeru, ale zdarzył się cud i o - moją dzisiejszą przerwę spędziłam z Gwenem zwiedzając port.




Po powrocie kolejne zwroty akcji: przyjechała Caroline z dwoma synami: Giovanim i Pietro oraz ich dwoma kolegami. Chłopcy mają 13 i 15 lat (słowo daje, wyglądają na więcej, szczególnie że znacznie mnie przerastają) i są dwujęzyczni (yeaah!). Przywitali mnie szalenie uprzejmym Bonjour (boże, boże, naprawdę jestem stara), ale myślę, że są perspektywy, że się jakoś względnie dogadamy. Na konto ich przyjazdu Mathilde zarządziła grę w Gamela (zasady trochę jak w naszym chowanym-zaklepywanym, tylko jeszcze bardziej upierdliwe dla szukającego).

Podczas kolacji przyjechał ostatni syn Odile i Patrcika: Jean Baptiste ze swoją kobietą Caroline (boże jaka piękna!) i dwójką dzieci (w komplecie do Arthura, który przyjechał przedwczoraj z Emanuelem, Anzelmem i Mimi). Dwie godziny później dojechał jeszcze Yann (mąż Mathilde) i Pierre oraz moja rówieśniczka - Amerykanka Miranda, która przyjechała w odwiedziny do Perrine na weekend.
Kolacja była szalona, bo wszyscy przygotowują się na urodziny Patricka: ułożyli piosenkę, szykują kolację - generalnie pełen wypas, a obrady trwały od 21 do 20 po północy. Do tego planowane są rodzinne rozgrywki w piłkę nożną...
Cudownie jest mieć taką wielką rodzinę. 

Z pamiętnika au pair: dzień 12
Od rana szaleństwo z malowaniem laurek. Wielki stół został obłożony folią, dzieciaki miały na sobie narzutki do malowania lub śliniaczki (nie uchroniło ich to w absolutnie ŻADNYM stopniu), a przed nimi leżało mnóstwo kartonów, pędzelków i farb. Obrazków powstało ponad 20, większość jeszcze ciągle schnie, ale zabawa była przednia.


Mimi, Manon, Adrian, Charlotte
Później zaczęło padać i padało nieprzerwanie do 17. Dorośli gotowali i knuli w domach, a dzieci oglądały Atlantydę. Jak tylko przestało podać Caroline zorganizowała treasure hunting. Szkoda o tyle, że ja szykowałam swój na poniedziałek... muszę wymyślić coś innego.

Tomtom, Anzelm, Manon & Mimi
Thomas vel. Tomtom
Zaraz potem zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Dziadek z kilkoma innymi osobami został wywieziony w siną dal do... helikoptera. W tym czasie cała rodzina się przebrała w niebieskie koszulki "Papi fan club" i czekała na helikopter układając z siebie 75. Papi przyleciał, wzruszył się, małe, niebieskie smerfy zostały nakarmione i zaczął się ciąg dalszy: szampan i piosenka dla dziadka (stara francuska piosenka z autorskim tekstem Emanuela), a potem kolacja-niespodzianka: ostrygi, langustynki, krewetki, cukinia zapiekana z serem pleśniowym i tarta z jabłkami oraz ciasto czekoladowe. Wszystkie kolory wina... Wzruszyłam się dzisiaj kilkanaście razy takie to wszystko było słodkie. Przy kolacji siedziałam z "młodymi": Pietro, Giovanim i ich kolegą Pierrem. Było szalenie miło, bo miałam okazję więcej z nimi pogadać (angielski, uff!). Niesamowicie fajne chłopaki :) 
Padam z nóg - kolejny dzień z rzędu nie miałam przerwy poobiedniej. Do tego się rozchorowałam. Straciłam zupełnie głos - to nie za dobrze przy opiekowaniu się tyloma dzieciakami.




kolacja smerfów


Z pamiętnika au pair dzień 16 - powrót do Paryża
Siedzę w pociągu. Gnam TGV z Auray na Gare Montparnasse. Marta ma na mnie czekać. Mam ze sobą zarobioną kasę i śliczny szalik od Caroline. Najcudowiejsze, że mam też tradycyjną rodzinną bluzę - prezent od Mathilde. Ugryzienie na palcu od Adriana i smutek w sercu - szczerze pokochałam tę rodzinę. Pokochałam całą bandę zdrowo pokręconych ludzi, którzy wynajmują helikoptery, śpiewają stare piosenki i jak kretyni przebierają się na swoje własne rozgrywki olimpijskie (Caroline zorganizowała kilka dyscyplin, a każda z 3 drużyn <zieloni, fioletowi, pomarańczowi> musiała przygotować dekoracje w odpowiednim kolorze i się w niego przebrać - WSZYSCY potraktowali temat super serio>).







Manon




Thomas

Charlotte 

Adrian & Gio

Szczerze zazdroszczę tych kolacji na 19 osób, niekończących się wspomnień przy winie, wycieczek na naleśniki i zabaw w basenie. Pozwolili mi poczuć się jak członek rodziny - pokochali i zaakceptowali od samego początku. I błyskawicznie pochłonęli mój sernik :) Całą blachę! 
Będę tęskniła.

Czy było warto? Było. Miałam prawdziwe wakacje z dala od wszystkich trosk, problemów i internetu ;P Zmęczyłam się, ale też odpoczęłam. Przypomniałam sobie jak się mówi po francusku i zrobię wszystko, żeby tego znowu nie zapomnieć. Raptem dwa tygodnie, a ja czuję się jakby spadło na mnie kilka lat życiowych doświadczeń. No i umiem zmienić pieluchę biegnącemu dziecku - a to jest nie lada umiejętność!
Czy wciąż chcę mieć dzieci? Zapytajcie mnie za miesiąc ;)

Monday, 27 August 2012

20/ Eurotrip odc. 1

Ostatnie pond półtora miesiąca to praca, hiszpański, pieczenie ciast, tęsknota chroniczna, uzasadnione płacze i planowanie.

Hiszpański na te wakacje już zakończyłam, w pracy jeszcze 3,5 tygodnia, ciasta jak piekłam tak piekę, tęsknię, bo już tak chyba mam, ale w końcu plany wdrażam w życie.

Planowanie tych wakacji przeszło już wszystkie możliwe fazy od 'zróbmy coś szalonego', przez 'zaplanujmy to dokładnie', 'może jednak da się uratować ideę', 'pierdole nigdzie nie jadę', 'a może coś w ogóle z innej bajki?', 'zróbmy coś szalonego', 'zdajmy się na innych', 'pierdole nigdzie nie jadę' i 'no trudno, szukam substytutów' aż po 'a w sumie czemu by jednak nie wrócić do punktu wyjścia'.

Dzięki refleksowi Wajdosa i akcji kupowania biletów do Mediolanu za 18 złotych w obie strony, plany na wrześniowe wakacje nabrały kolorów. Siedziałam, myślałam, planowałam, liczyłam. Do tego później doszło dużo telefonów, maili przez pół Europy i tak sama siebie postawiłam przed faktem, że robię błyskawicznego eurotripa.

Warszawa-Mediolan-Rzym-Walencja-Barcelona-Paryż-Sztokholm-Poznań.

6 miast, 8 dni, 4 kraje, 6 lotów i 10 kilo bagażu podręcznego. Czy i jak się uda będę wiedziała już na koniec września :))

Prawie zaraz po moim powrocie zacznie się kolejny rok akademicki. Nie mogę się doczekać (podwójnie), bo jednak wakacje, wakacjami, ale faktycznie studia przynoszą mi dużo radości, są szalenie interesujące i nawet siedzenie na tych mniej ciekawych wykładach ma swój urok. Do tego strasznie ciekawi mnie drugi kierunek, ludzie, zajęcia i wszystko generalnie.
Nowy rok akademicki to też nowe działania ESNu, nowi erasmusi, kolejne imprezy i dużo przynoszącej satysfakcję pracy.

A póki co mamy koniec sierpnia i jeszcze bity miesiąc wolnego przede mną (w pracy hua hua hua) i z wyjątkowym smutkiem zmienikam prefiks. Dzielę się jedną z moich ukochanych piosenek, bo Alex jest dobry na wszystko. Nawet na starość!




Monday, 9 July 2012

Open'er 2012/ post-erasmus depression syndrome

Wyciągam zwinięty w rulon i dokumentnie przemoknięty line-up z posklejanymi stronami i lecimy!

Na próżno szukam jakiś punktów wspólnych z zeszłorocznym open'erem, bo poza pogodą wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Począwszy od zasobów ludzkich, po ogólne wrażenia artystyczne. Ruszyliśmy z Łodzi pociągiem niemalże w środku nocy (6:02) w mistrzowskim składzie (Daniele, Mathieu x2, Gwen i Sylu) i prawie bez przygód (gubienie legitymacji, gubiące się taksówki, brak numerów, przestawiony zegarek uff, Święte Mikołaje, Superman i R2D2) dotarliśmy do Gdyni, by zostawić bagaże chłopaków z przechowalni (dobytek z całego semestru erasmusa), zjeść coś i doczłapać się na pole. Choć nie padało (jeszcze), to już na głównej drodze campingu robiło się nieco bagniście i tak jak wtedy założyłam kalosze, tak prawie ich nie zdjęłam do samego końca.
Udało nam się znaleźć z Darią (mentorką Mathieu) i pierwszy wieczór spędziliśmy w Gdyni, a potem, spotykając znajomych starych i starszych oraz poznając randomowych ludzi, na polu namiotowym (ot, taka openerowa tradycja). W międzyczasie wywiało nas pod ciężarówkę Redbulla, gdzie spotkałam się z pierwszą pozytywną niespodzianką tego openera. Freaks On Floor przynieśli nam kilka minut naprawdę fajnej zabawy, że już nie wspomnę nawet o walorach estetycznych w postaci wokalisty podobnego do Gerarda Pique, poruszającej choreografii i głosie przypominającym momentami wokalistę Kings of Leon.

Drugi dzień pobytu przywitał nas deszczem, więc kiedy szliśmy po Martę, to pole namiotowe już zaczynało płynąć. Dużo będzie tych dygresji o błocie, z góry przepraszam.

zdjęcie robione tosterem.

Po obiedzie w Gdyni i opracowaniu perfekcyjnie wodoodpornych i jakże stylowych outfitów (folia + kalosze zawsze spoko) względnie ogarnęliśmy plany koncertowe. Zaczęłyśmy od drugiej połowy Fisza i Emade. Z przyjemnością posłuchałyśmy '30 cm' na dobry początek openera, a potem dziewczyny wysłuchały mojej kilkuminutowej tyrady (pierwszej na tym festiwalu):'jak to nie było na koniec czerwonej sukienki?!' [Inne bolące mnie tematy to: 'Czemu znowu nie mam festiwalowej gazety?!', 'Czemu mam wodę w kaloszach?!', 'Czy wszyscy muszą kąpać się na raz?!', 'Jak dopłynąć do namiotu?!', 'Czy ktoś mu uprzejmie wytłumaczył, żeby najpierw pytał się tych dziewczynek o wiek?!', 'Która to TA Magdalena od pająka?!' i tak dalej...]

Koncert The Kills to dla mnie głównie cudowna Alison i równie cudowni bębniarze. Mimo, że znam dokładnie jedną ich piosenkę, to miło było popatrzeć na perfekcyjne, dopracowane ruchy stojącej z tyłu czwórki mężczyzn i zupełnie przeciwnie: spontaniczne, dziwne, a przy tym hipnotyzujące zachowania wokalistki. Jak uciekałyśmy, to akurat zagrali 'Sour Cherry', także byłam w pełni ukontentowana ;)

A uciekałyśmy szybko bo w Tencie grał Yeasayer. Może niech ta wersja mojej ulubionej piosenki wypowie się sama za siebie:


Od kiedy Sylwia puściła mi ich po raz pierwszy, momentalnie zakochałam się w ich płycie live i absolutnie ten koncert mnie nie rozczarował. Szczególnie, że i ludzie stojący w naszej najbliższej okolicy jakoś czuli po co się tam znaleźli. 

Po tym koncercie udało nam się odnaleźć z chłopakami (a biorąc pod uwagę, że już wtedy większość miała rozładowane telefony, to wcale nie było takie proste) i już razem poszliśmy na moment posłuchać Bjork. Lekko nadszarpnęłam tym kaprysem cierpliwość ukochanych francuzów, ale przeboleli kilka utworów, ja zacieszyłam z 'All is full of love' i zgodziłam się na powrót do tentu. Za mało Bjork słyszałam, żeby się wypowiadać na temat całego koncertu, ale niezaprzeczalnie brzmiała jak wróżka i cała oprawa miała w sobie coś magicznego. Inna kwestia, że spodziewałam się, że będzie to coś bardziej poruszającego, ale może właśnie w tym cały urok.

Z maina ruszyliśmy z powrotem do tentu, zatrzymując się po drodze na chwilę na Gogol Bordello (nie rozumiem ochów i achów, zarządziłam dalszy marsz), by wylądować na The Ting Tings [goosbumps!]. Sam koncert byłby ekstra, gdyby nie to, że akurat stanęliśmy jakoś koło ludzi, których ktoś tam wysłał chyba za karę i mimo ciągłego przesuwania się do przodu, nie mogliśmy trafić na lepsze otoczenie. Mimo tego oczywiście impreza na 'Shut up and let me go' czy 'That's not my name' była nieziemska.

Ten długi, pierwszy dzień postanowiliśmy zakończyć spełnieniem marzenia Mathieu i wybraniem się z nim na koncert Wiz Khalifa (który przez nieporozumienie, w jednym z naszych namiotów dostał pseudonim 'Łódź Kaliska'). Po raz kolejny się miło zaskoczyłam, bo, poza uporczywie tkwiącym mi w głowie 'Black and yellow', znałam jeszcze kilka piosenek (o czym wcześniej nie wiedziałam :)), a koncert był bardzo pogodny i stanowił ładne zakończenie dnia.

Początki pola namiotowego, kiedy nikt jeszcze w jeziorach na nim nie łowił ryb. 

Drugiego dnia festiwalu przywitało nas piękne słońce, więc w nieśmiertelnych kaloszach wypłynęliśmy z pola namiotowego w kierunku Sopotu. Wypiliśmy kawę, posiedzieliśmy na plaży, odwiedziliśmy pizzerię, w której byliśmy w maju i już się zbieraliśmy z powrotem... Najpierw próbowałyśmy z Martą ogarnąć koncert Penderecki// Greenwood, ale po dwudziestu minutach uznałam, że 'trzeba ponownie zdefiniować alternatywę' i raczej na dalsze słuchanie nie mam nastroju. Spacerem ruszyłyśmy by zobaczyć co fajnego śpiewa Jamie Woon, ale ja znowu po jakimś czasie zarządziłam odwrót, zeby stestować silent disco i zdążyć na Major Lazer

Gorąco polecam cały koncert (jak ktoś ma wolne półtorej godzinki czasu rzecz jasna. Jak nie, to ściąga: proszę sobie włączyć minutę 15, KONIECZNIE 25, i 1:24). To co się tam działo, to czyste szaleństwo. Jeśli chodzi o energie wśród publiczności, to myślę, że koncert dorównywał Crystal Fighters sprzed roku. Wszyscy reagowali na polecenia jak zahipnotyzowani, nawet jeśli dotyczyło to ściągania garderoby (a może w sumie wszyscy przyjęli z ulgą ten pretekst, bo w tym dzikim tłumie było koszmarnie gorąco). Przed Major Lazer udało nam się przypadkiem wpaść na Dybę i mniej przypadkiem spotkać z resztą naszej międzynarodowej gromadki, także na ML bawiliśmy się razem (a 'bawiliśmy' jest tu jedynym adekwatnym słowem, taka to była zabawa!). 

Takie tam z uzębieniem. Zdjęcie zrobione ekspresem do kawy.

Dopuściłam się jednak rzeczy niewybaczalnej i uciekłam z ML na pół godziny by wpaść chociaż na moment na The Maccabees. Serce mi krwawiło okrutnie wiedząc, że muszę wybrać, między niesamowitą imprezą, a wspaniałym koncertem i w ostatniej chwili postanowiłam zaryzykować i pobiec do tentu, by nie zmarnować tej szansy. I to, że tam byłam, było jednym z moich lepszych pomysłów na openerze, bo chłopaki w wydaniu live wypadli fantastycznie, tak indie, że bardziej indie już się chyba nie da. Choć uwielbiam ich ostatni album, to jednak mile mnie zaskoczyło, że dużo grali starszych utworów, które mają przecież zupełnie inny, bardziej energiczny klimat. Usłyszałam 'First love' zrobiłam w głowie na szybko bilans zysków i strat i pewnie niemoc podjęcia decyzji co zrobić, zatrzymała by mnie gdzieś po środku między worldem a tentem, gdyby nie to, że padł mi telefon i zrozumiałam, że jedyną szansą, by znaleźć resztę jest wrócić na Major Lazer (który notabene grał i grał, a myślałam, że skończy bardzo szybko). Każdy kto tam był, wie, że znalezienie kogokolwiek w  openerowym tłumie graniczy z cudem, chyba że jest się wysokim i nosi kapelusz. A że Gwen do niskich nie należy, a kapelusza udało mu się nie zgubić, to znalazłam go całkiem sprawnie tuż pod sceną, gdzie dożyliśmy do końca koncertu. 

zdjęcie robione kalkulatorem. Transparent był do d... Druga jego część została uwieczniona wyłącznie aparatem, który JESZCZE się nie odnalazł. A na zdjęciu Mats,

I Kiedy już wszyscy mieliśmy endorfin po uszy, a Marta nawet po same końcówki włosów, przyszedł czas na Justice. Jak ważny to był koncert mogą poświadczyć toaletowe przygotowania (drugi z 'transparentów' głosił: 'You'll never be alone again Agata' i razem z hasłem 'I will always Sopot you' stanowiły zapewnienia Mata, że to że zaraz wyjeżdżają, to nie koniec świata - to jest koniec świata przyp. red.). Ja osobiście czułam ciągle, że jestem świadkiem legendarnej chwili, tak jakoś się wszędzie wokół zrobiło patetycznie. Niemniej jednak, nie mam z czym tego porównywać, więc zamarudzę tylko, że było krótko. Bezcenny był natomast wyraz pełnego szczęścia na twarzy Daniele podczas 'We are your friends'. I mój, gdy sobie przypomniałam, że kojarzy mi się z nim ta piosenka od pierwszej wspólnej imprezy gdzieś na początku marca. I w naszym openerowym wykonaniu jej tekst brzmiał dla mnie tak prawdziwie, jak jeszcze nigdy.

Odnaleźliśmy się wszyscy dopiero na campingu, dopchaliśmy do mycia i pożegnaliśmy Mathieu, odprowadzając go na autobus w promieniach wschodzącego słońca... (brzmi jakże tandetnie, ale tak właśnie było!). Dzięki bogu największy zainteresowany był mocno przetyrany całym dniem i miał mało czasu, więc obyło się bez rzewnych pożegnań.
taka tam Marta. Zdjęcie robione blenderem.

Dzień trzeci znowu przywitał nas wysoką temperaturą, a że wszyscy zgodnie byliśmy mocno zmęczeni, zrezygnowani, a niektórzy nawet mieli spalone nosy (oh wow.) cały dzień nie zrobiliśmy nic, poza chodzeniem (pełzaniem) z karimatą w poszukiwaniu cienia. Miałyśmy plan, żeby się zebrać wczesniej na teren festiwalu i pójść do kina, ale pokonała nas kolejka pod prysznic i po raz pierwszy chłopakom udało się gdziekolwiek wyjść przed nami. Gdy dotarłyśmy była już 17:15, więc postanowiłyśmy pozwiedzać sobie wszystko to, na co wcześniej nie miałyśmy czasu (wygranie olbrzymich okularów ESNu - checked!). Zjadłyśmy i kupując coraz to kolejne kubki wody, ległyśmy na L.Stadt. Słuchałyśmy jednym uchem, w międzyczasie walczyłyśmy o przetrwanie na openerowej patelni. Zwiedzając dalej, nagrałyśmy swój taniec ough.) i wróciłyśmy na Bloc Party. Tam zostawiła nas Sylu, a my po jakimś czasie przeszłyśmy się, by posłuchać Łona Weebber & The Pimps. Wróciłyśmy pod maina całkiem szybko, by być blisko na Franz Ferdinand.

Rozpoznałam, że szwedzkie przysłowie jest szwedzkim przysłowiem i lans w takich goglach był nieziemski. Z lewej Sylu. Zdjęcie robione gofrownicą.

Był to najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert tego Openera. FF słucham od lat - czasami z mniejszym, czasami z większym zaangażowaniem, ale zawsze do którejś płyty (znaczy prawie zawsze do 'Tonight: Franz Ferdinand' ^^) z radością wracam. I niezaprzeczalnie przyniósł mi ten koncert mnóstwo radości, siniaków, obtarć na spalonych ramionach i zdarte gardło. Ale udało nam się jakimś cudem siebie z Martą nie zgubić i nasze zwłoki dotransportować nawet później do Tentu. Niemniej czułam się cudnie, bo nie znałam tylko nowych piosenek (2? 3?), a wszystkie, tak lubiane przeze mnie utwory w wersjach live na prawdę miały dużo mocy. Już pod koniec rozczulili mnie dokumentnie grając całym zespołem na jednej perkusji (czekam na cover Gotye, z gitarą się kiedyś udało) i pozostawili mnie wyszczerzoną od ucha do ucha z tej radości, że taki to był zgrabny koncert.

Dowleczenie naszych wymęczonych zwłok pod tent, było trudniejsze niż mogłyśmy sądzić. Jednak zbliżało się m83, więc musiałyśmy przeboleć ból (hehe.) spalonych ramion i pleców i skacząc przez ukochane bagna dotrzeć do... 10 metrów przed namiotem, bo tam właśnie na kilka minut od rozpoczęcia koncertu kończył się tłum. Że byłyśmy we dwie, to sukcesywnie przesuwałyśmy się bliżej, ale i tak namiot zdecydowanie nie pomieścił wszystkich fanów. Nie należę do psychofanek, porządnie znam tylko ostatnią płytę, ale nie zmienia to faktu, że stałam tam jak zaczarowana i nawet skłonna uznać tę godzinkę za najlepszy koncert openera. Na 'Midnight city' w końcu zrozumiałam, nieogranialny wcześniej dla mnie fenomen tej piosenki i jak łatwo się domyślić od openera mam ją prawie na zapętleniu. 

Po jedzeniu, odpoczynku, zmarznięciu i wielu innych perypetiach z gubieniem się, niedogadywaniem i moim 'nie wiem o co mi chodzi, ale chodzi mi o to bardzo mocno' wieczór zakończyliśmy z Martą, Mathieu, Daniele i Darią pod redbull stage żeby (a jakże!) więcej poskakać.
zdjęcie zrobione mikrofalówką.

Ostatniego dnia wszystko się działo dla mnie za szybko i za bardzo. Kupiliśmy bilety na pociąg, zrobiliśmy zakupy, zjedliśmy obiad i posiedzieliśmy sporo czasu na chodniku w cieniu, bo było nam tam za dobrze, żeby się ruszyć w ambitniejsze miejsce. W międzyczasie obtarły mnie kalosze, a słoneczne dotąd niebo zaczęło dawać jasne sygnały, że 'oj, oj, oj, zanosi się na deszcz'. 

Fantastyczny chodnik w Gdyni.

Po powrocie na camping napisałam elaboraty na pamiątkowych flagach Mathieu i Daniele i już musieliśmy się pakować. Udało nam się spakować dwa namioty, a do trzeciego wrzucić wszystkie nasze bagaże dokładnie w chwili gdy zaczynało padać. W drodze na festiwal lekki deszczyk przerodził się w ulewę, ta  wprawdziwe oberwanie chmury i tak lało i lało, a my schowaliśmy się w... teatrze na prawie godzinę. Na szczęście deszcz, choć intensywny, był krótki i szybko nad jednym wielkim openerowym bajorem wyszło słońce. W takich okolicznościach podziwialiśmy Mumfrod and sons. Do tego bonusowa tęcza, piękne chmury, piękne niebo i zaskakująco urocza muzyka. Mumford and sons dostali nieformalny tytuł dużej, miłej, openerowej niespodzianki, bo rzadko kiedy zdarzają się koncerty z tak podnoszącym na duchu przesłaniem. 
Marta, Gwen i Sylu. Zdjęcie robione mikserem.

Skład nam się modyfikował, ale z Martą, Daniele i Gwenem odiwedziliśmy silent disco. I tym razem ja osobiście się bawiłam tam tak świetnie, że pewnie zostalibyśmy i dłużej, gdyby nie Friendly Fires. Sama powinnam się wyśmiać za tak niesamowite ogarnięcie, bo oczywiście sluchałam ich wcześniej, jednak nigdy nie przywiązując się do nazwy. I tak dopiero po powrocie do domu zdałam sobie sprawę, że jednak tak na prawdę nie wybrałam losowo zespołu, który zobaczę, tylko moja podświadomość wybrała nazwę, którą już doskonale znała. Głupia ja. Po raz kolejny na tym openerze zakochałam się w wokaliście i myślę, że nie ma w tym absolutnie nic dziwnego. Uwielbiam sceniczne wulkany energii i oryginalne style poruszania, a w obu tych skalach facet wypada znakomicie. Koncert niesamowicie na plus!

Miałam w planie nie poruszac się już nigdzie ze wzgledu na odciski, ale jednak sumienie kazało mi przespacerować się pod main na the XX. Chwała i cześć mojemu sumieniu - było warto! Jeśli nawet nie słuchając the XX ani trochę, miałam ciary i wrażenie, że rozpływam się od środka, to już o czymś świadczy.
Na dobry koniec dnia znowu poczłapałyśmy do tentu na SBTRKT. Kolejny fajny występ na mojej ulubionej scenie, basy poruszające od środka (w przenośni! A dosłownie poruszały mi np. nos, utrudniając oddychanie), miła muzyka i co ciekawe, możliwość potańczenia BEZ zabijania się nawzajem w otaczającym tłumie (a myślałam że tak się nie da). W kierunku namiotu szłam już jak zombie, ale przez kolejne nieporozumienie (ah te rozładowane telefony) chwilę musiałyśmy poczekać w okolicy burn beat. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego soundtraku do ostatnich chwil openera niż TO.
black&yellow Mathieu w obiektywie krajalnicy.

Ze smutkiem zwinęliśmy ostatni namiot i rozpoczęliśmy żmudny proces wracania. Najpierw przepłynęliśmy przez pole namiotowe, potem pogrzebałyśmy kalosze, które po 4 dniach noszenia non stop stały się niewodoszczelne, upierdzieliłam całe nogi błotem idąc w japonkach, porwałam torbę, w której niosłam namiot i śpiwór Filipa, prawie nie zdążyłam się pożegnać z Mathieu, żeby zdążyć na autobus, a na sam koniec wsiadając do niego, musiałam wejść w bagno po kostki. 
Krótkie ogarnięcie się na dworcu i kolejne pożegnania - tym razem z Daniele. A potem pociąg, kilka godzin snu, trochę czytania, melancholijne patrzenie w szybę i żegnanie Gwena na dworcu w Łodzi.
W tym miejscu wyłączyła mi się bajka.

jak zabić kaloszki - poradnik S&A w przygotowaniu.

Drugi dzień chodzę i ryczę po kątach, bo wszystko mi się wali, a do tego pożegnałam naprawdę cudownych ludzi. Nie tylko ot takie ciekawostki społeczne, tylko zwyczajnie ludzi, których z miejsca pokochałam, do których się przywiązałam i bez których jeszcze trochę będzie mi ciężko.
Chciałabym wierzyć, że wszyscy się kiedyś razem znowu spotkamy, znowu zjemy pierogi, fińskie żelki, francuskie naleśniki albo prawdziwą włoską pastę, że znowu odkryjemy że słuchamy takich samych wykonawców, których nie zna nikt, pośpiewamy włoskie piosenki albo posłuchamy fińskiego biebera, będziemy 'mówić' po polsku i poszukamy podobieństw do chorwackiego. Przez godzinę będziemy wychodzić na ostatni tramwaj, będziemy grać w gry i nosić jabłka. Będziemy się świetnie bawić i cieszyć, że się znamy.


Ja mam taki plan, a plany generalnie wykonuję - czasami z drobną modyfikacją. 
I tak w ramach post-erasmus depression (nie chcę myśleć, jakie to musi być straszne w pełnym wymiarze,  skoro ja nawet nie opuściłam kraju!) znowu wróciłam do szukania tanich lotów.

A na chwilę obecną 9 godzin hiszpańskiego tygodniowo i mnóstwo godzin w pracy. Jeden dzień wolny w tygodniu. Wakacje - yaaay.