Showing posts with label travaille. Show all posts
Showing posts with label travaille. Show all posts

Thursday, 8 August 2013

Z pamiętnika au pair

Z pamiętnika au pair: dzień 2
Adrian jest przeuroczy. Ściska za serce, kiedy krzyczy to swoje Ata, Ata, wyciąga rączki, żeby wziąć go na ręce (bagatela 17 kilo) i daje obślinione buziaki. Polubiliśmy się. Tak bardzo, że tylko trochę mnie zabolało, że dokumentnie obsrał mi ulubioną białą sukienkę. Dwulatki są spoko.
Adrian uwielbia basen. Sam ściąga buty, próbuje zdjąć koszulkę, zakłada kamizelkę po czym... nie wchodzi do basenu. staje na pierwszym stopniu schodów (ma tam wodę do kolan), ochlapuje siebie i wszystkich dookoła, na moment siada i zaraz wstaje, żeby wyjść. Powtarza to do znudzenia, ale nie ma szans, żeby dobrowolnie basen opuścił. Co jakiś czas biegnie na około basenu. Po co? Tego jeszcze nie wiem.
Adrian w ogóle lubi powtarzać. Jak nieopatrznie zacznę z nim myć ręce, to zaraz po tym jak je wytrzemy on zaczyna je myć od nowa. To samo z myciem zębów (wczoraj mył je 7 razy pod rząd). Pastę oczywiście połyka. Bon apetitte!
Adrian lubi też huśtawkę, pociągi, samoloty, a najbardziej lubi pralkę.

mój ulubieniec.
Dzisiaj chyba też wkupiłam się w łaski 4 letniej Charlotte. Ma blond włosy i nibieściuchne oczęta, a jest tak słodka, że można by ją zjeść. Jest bardzo niezależna, wszystko chce (i robi) sama. Wszystko poza jedzeniem. Biedactwo przy kolacji już była tak zmęczona, że mogłaby spokojnie zasnąć z buzią w talerzu. Doznałam zaszczytu, bo oświadczyła wszem i w obec, że ona  owszem chętnie pójdzie 'dodo', ale z Agatą. Aż mi oczy zaszły łzami ze wzruszenia w tej podniosłej chwili ;) Czytałam jej też dzisiaj przygody 'Oui oui'. Myślę, że rozumiała tylko dlatego, że zna tę bajkę na pamięć.
Reszta dzieciaków: siostra Adriana i Charlotte: sześcioletnia Juliette, ośmioletnia Isabella - ich kuzynka, która mówi płynnie w 3 językach (fantastycznie się czuję jak ośmiolatka mi tłumaczy z francuskiego na angielski), wnuczka znajomej rodziny, włoszka mówiąca po francusku: Victoria i adoptowany chłopiec z Rwandy, siedmioletni Gabriel, nie wymaga w zasadzie żadnej pomocy z mojej strony. Czasami  fajnie jak ktoś ich pobuja na huśtawce, posmaruje kremem z filtrem, znajdzie kapelusze, kostiumy, buty, piżamki, książeczki i naleje soku, ale szczególnie się z nimi nie męczę.
Moi gospodarze są dziadkami trójki: Adriana, Charlotte i Juliette oraz Isabelli. Przyjechała też do nich synowa Perrine z trójką dzieciaków: czteroletnim Paulem, dwuipółletnim  Maxime i 8 miesięczną Capucine. Jak się do tego doda jeszcze trójkę dzieci rudej sąsiadki, to się robi bardzo głośno, bardzo brudno i bardzo nikt się tym nie przejmuje.
A ja stoję jak urzeczona widokiem 10 dzieciaków skaczących w piżamkach na trampolinie.


w górze Gabriel

P.S.
W menu na wczoraj krewetki i ratatuille. Dzisiaj gazpacho i langustynki. Wielkie łóżko, białe ręczniki. Scenariusz prawie idealny.

Z pamiętnika au pair: dzień 3
 Dzień 3 - dzień kryzysowy. Adrian, Charlotte i Juliette wstali dzisiaj lewą nogą. Ja z całą pewnością wstałam prawą, ale już po godzinie zaczęłam mieć wątpliwości czy aby na pewno. Charlotte uparła się, żeby usiąść tam gdzie Juliette, a najlepiej na niej. Juliette ten pomysł się nie spodobał. Zaczęło się na pojedynku słownym, przerodziło w przepychanki i drapanie, a skończyło na ugryzieniach, kopniaku i półgodzinnej histerii Charlotte, zwanej w rodzinie Cha Chou. Biedactwo wyła i wyła bez żadnego powodu. Podobna historia powtórzyła się po południu, kiedy to Adrian chciał zabrać Charlotte wiaderko i ugryzł ją tak mocno, że aż sam się przestraszył i zaczął płakać. Przy dejeneur Cha Chou dwa razy spadła z krzesła na którym siedziała, a Adrian wywalił zawartość talerza. Koło 11 udało nam się zebrać na plażę. To duży wyczyn, bo przy 6 dzieciaków (Adrian, Charlotte, Juliette, Isabella, Victoria i Gabriel) zebranie się gdziekolwiek wcale nie jest proste. Każdy musi mieć buty (oba!), kostium kąpielowy, kapelusz, rękawki, kamizelkę lub koło ratunkowe (wedle prefrencji), wiaderka, łopatki, foremki i ręcznik. C'est fou ca, hum? Na plaży byliśmy tylko godzinę. Woda była przeraźliwie zimna, więc z ulgą sama się wyznaczyłam do czuwania nad Adrianem, który wziął sobie za punkt honoru całą wodę z oceanu wylać na plażę. 


Charlotte w pełni uroku

Dzieciaki mają króliki. W ogrodzie stoi klatka na ogrodzonym króliczym terenie. Co rano, kto pierwszy wstaje ten ma przywilej otwarcia ich klatki. Charlotte jest tak zdesperowana, żeby zawsze ją otwierać, że włazi za ogrodzenie, zagania króliki do środka, zamyka klatkę po czym jeszcze raz ją otwiera, opowiadając, że to ona dzisiaj wypuściła króliki. Adrian bardzo lubi króliki. Za bardzo. Biedne króliki nie lubią Adriana. Ja też coraz mniej. Skubany tak mnie dzisiaj ugryzł, że mam chyba spore szanse na bliznę ;) Straciłam cierpliwość przy kąpieli. Adrian z ochotą po basenie pobiegł do łazienki. Ale oczywiście nie do wanny, tylko po to żeby umyć zęby. Raz, drugi, trzeci. C'est fini Adrian. C'est fini... Po czterech razach udało mi się zachęcić go do odłożenia szczoteczki i wejścia do wanny. Mydło. Raz, drugi, trzeci, piąty i ósmy. Nie mogę go dotknąć nawet, bo krzyczy 'Arret!' i wpada w ryk. Adrian skończyłeś? Non! W tym czasie Charlotte jest czyściuchna, umyta, wysuszona i ubrana w pidżamkę. Adrian mydli się po raz kolejny. Także włosy. Nie daje sobie ich spłukać. Trudno, będzie ryk. Charlotte wychodzi z łazienki, za to wchodzą Isabella i Juliette - drugie w kolejce do wanny. Myją się same i wszystkich wyganiają z łazienki. Adrian nie chce wyjść z wanny. Isabella wpada na pomysł i kusi go szczoteczką do zębów. Brawo Isabella. Touche. Adrian daje się wyciągnąć z wanny, ale nie ma mowy żeby go wytrzeć albo ubrać - musi NATYCHMIAST umyć zęby. Zabieram pastę, szczoteczkę i Adriana do drugiej łazienki, żeby dziewczynki mogły się wykąpać. Ryk, histeria. Według Adriana łazienka się nie nadaje i musimy wracać. Zęby umyte kolejne 3 razy...


Dzieciaki są myte przed kolacją, przy czym zarówno przed nią, jak i po, idą się jeszcze bawić. Na dwór. W piaskownicy. Na trampolinie. Z królikami. Grać w piłkę. Na zjeżdżalnie i huśtawki. W uroczych piżamkach chodzą jeszcze 2-3 godziny, zanim zdecydują się iść do łóżka. Zabrudzone, zapiaszczone i lepiące się. Ale szczęśliwe, o.

Z pamiętnika au pair: dzień 5
Wczoraj już przez moment martwiłam się, że skończyła się przygoda, a zaczyna rutyna: o 8:30 siadałam do śniadania (ogromna kawa z mlekiem, tost z dżemem) i po kolei witałam domowników (Dziadków, Adriana, Charlotte, Juliette, Isabellę i Victorię - Gabriel jada ze swoimi dziadkami w innym domu, dzieciaki Perrine jedzą z nią, tak jak i dzieciaki Rudej). Sprzątałam po śniadaniu, ścieliłam łóżka dziewczynek i szłam pilnować, żeby Adrian i Charlotte dożyli do obiadu. Do znudzenia trampolina, huśtawka, króliki, piaskownica, stół do ping ponga, rysowanie... Nakryć do stołu, nakarmić Adriana, nakarmić Charlotte, nakryć do stołu dla dorosłych, zjeść, ufff - przerwa. Dwie godzinki na książkę i spanie i dalej: szykowanie na basen: kostiumy, krem, kapelusze, klapki, kamizelki, kółka, rękawki. Z wody, do wody, z wody, do wody. Ręczniki. Wyschnąć, piaskownica, trampolina, huśtawki. Kąpiel! Adrian w ryk, mycie zębów - Adrian w wannie, Charlotte wykąpana, Adrian nie chce wyjść. Adrian w ryk. Adrian myje zęby, Isabelle i Juliette myją siebie. Nie dać nikomu z nich się zabić. Nakryć do stołu. Kolacja. Obejrzeć te same odcinki Petit Ours Brune. Nakarmić Adriana. Nakarmić Charlotte. Huśtawka, dobranoc króliki. 'Pas dodo' - Adrian w ryk. Adrian do spania, Cha Chou do spania, Juliette do spania. Nakryć do stołu. Zjeść. Koniec dnia.
Martwiłam się tym jednak tylko przez moment, bo wieczorem przyjechali rodzice diabolicznej trójki, mama Isabelli, facet Rudej oraz mąż Perrine. Cały świat wywrócił się do góry nogami. Dzisiaj na przykład całe przedpołudnie spędziliśmy na plaży po odpływie (i to takim z 200 metrów jak nic), zbierając muszelki. Później zjedliśmy naleśniki w restauracji. Adriana umył tata, a kolację robiła Christina - mega! 

Perrine z Paulem i Maxime

Przesłodka Charlotte w moim kapeluszu

'A tak wylewam całe wiaderko wody z piaskiem na czystą polówkę'

Z pamiętnika au pair: DZIEŃ 9
W niedzielę Caroline zabrała mnie na rynek, a wieczorem pojechaliśmy zwiedzać Auray. 





Później przyszedł huragan. To była sensacja. Okna trzaskały, drzwi się nie chciały zamknąć, woda się lała z nieba strumieniami. Super sprawa! Huragan połamał trampolinę. O, to już prawdziwa tragedia.
Trampolina była tematem do kolacji dla wszystkich dzieciaków. Najstarsze opowiadały sobie z przejęcim jak to było i co z trampoliny zostało oraz jak powiedzieć, że trampolina się połamała we wszystkich znanych im językach. Najmłodsze - w tym Adrian, nazywany pieszczotliwie tyran-charmant, chodziły na boso po mokrej trawie głośno i z pewnym niedowierzaniem powtarzając, że nie ma trampoliny. Co wobec takiej tragedii mógł zrobić dziadek? Tylko jedno: zamówić nową! Trampolina przyszła dzisiaj - kolejna sensacja dnia. Jednak leży zapakowana i zostanie złożona jak przyjedzie jakiś syn/zięć, żeby pomóc dziadkowi.
W poniedziałek rano nowa tragedia: króliki uciekły z klatki. Dwie godziny, 7 utytłanych pidżamek, 8 obtartych kolan, 2 jabłka, szczotkę, mopa i 3 siatki na kiju później Zick i Zack z powrotem trafili na swoje miejsce. Za każdym razem jak królik pojawiał się w polu widzenia cała gromada biegła w jego kierunku, drąc się wniebogłosy: "Lapin! Lapin!". Po 20 minutach Perrine zarządziła, że dzieciaki siadają na trawniku i się z niego mają nie ruszać. Dalszą gonitwę za królikami uskuteczniali ona, dziadkowie, a później także i ja. Zick dość szybko trafił do klatki, Zack jednak długo się opierał i na moje oko przyszłego psychologa, to cały czas przeżywa tę straszną traumę.

Od góry: Victoria, Charlotte, Juliette, Maxime, Isabella z Capucine i Paul
Gab na polowaniu na króliki


Po południu przyjechała córka siostry Odile z mężem i dziewięcioletnim Thomasem. Thomas jest absolutnie super! Myślą tak też wszystkie inne dzieci - szczególnie Isabella – romans stulecia wyczuwam ;)
Włoszka Victoria uznała mnie za swoją BFF i przytula mnie ZA KAŻDYM razem kiedy znajduje się w zasięgu jej ramion. Nie jestem pewna czy nie zaczęło mi to już przeszkadzać ;)
Z innych przygód, to po raz pierwszy kąpiel Adriana przebiegła bez żadnych łez i krzyków. Udało mi się go nawet wytrzeć i założyć pieluchę. Protest pojawił się dopiero na etapie pidżamki czyli relatywnie późno.
Odbili to sobie podczas kolacji. Gabriel i Thomas pojechali gdzieś z dziadkami, więc po raz pierwszy cała reszta zasiadła do kolacji razem. Starsze dziewczynki: Isabella, Victoria i młodsza Juliette, średniaki: Paul i Charlotte i maluchy: Adrian i Maxime. Kolacja na stole, Adrian gotowy do jedzenia, reszty dzieciaków nie ma. Znalazłam dziewczynki, opornie siadają. Juliette wychodzi na zewnątrz bawić się na paczce z trampoliną. Znajduję chłopców. Paul z płaczem biegnie do mamy - nie chce jeść u Mathilde. Maxime nie chce siedzieć koło Adriana. Siada na drugim wolnym miejscu. Mathilde każe mu się przesiąść. Adrian okłada go łyżką. Adrian i Isabella skończyli zupę. Domagają się miniserków. Charlotte bierze miniserek. Nie zanurzyła jeszcze łyżki w zupie. Perrine pzyprowadza Paula. Juliette siada do zupy, ale zaczyna od miniserka. Adrian je trzeci. Maxime powoli kończy zupę, ale chce dostać miniserek zanim Adrian mu je zje. Victoria domaga się dokładki. Charlotte: "Jestem zmęczona, mamo karm mnie". Adrian zjada czwarty miniserek. Charlotte odkrywa, że stół jest za wysoko i przynosi fotelik samochodowy żeby usiąść. Karmie ją zupą. Wszyscy już mają drugie danie. Elektroniczna niania sygnalizuje, że Capucine płacze, więc Perrine po nią idzie i siada do stołu razem z nią. Wszyscy wstają, żeby pogłaskać/poklepać po głowie maleństwo. Juliette kończy zupę po czym wstaje i odkrywa w spiżarni crepes. Domaga się naleśnika na deser. Maxime nagle zalewa się łzami - nie radzi sobie z jedzeniem makaronu widelcem. Charlotte zaczyna krzyczeć, że chce do mamy. Bierze pół widelca z makaronem do buzi po czym zaczyna się trzepać i reszta wypada na nią, fotelik, stół i mnie. Za każdym razem - niezależnie od wielkości porcji. Drze się coraz bardziej. Mathilde karze jej iść spać. Kolejna fala przeszywającego ryku. Victoria pyta czy może dokładkę. Nie ma dokładki, Adrian wyrzucił na podłogę to co zostało...

Capucine się rozchorowała. Serce mi krwawi na widok 8 miesięcznego zasmarkanego maleństwa, z podkrążonymi oczami męczonego przez kaszel.

Z pamiętnika au pair: dzień 10
Jest gorzej. Adrian dzisiaj przeszedł sam siebie. Stoczyłam z nim prawdziwą czterdziestominutową walkę. najpierw o wyjście z basenu, potem o zdjęcie kamizelki do pływania. Prośby, groźby, nagrody, kary, szantaże, zachęty, dystrakcje...wszystkie metody postępowania z dziećmi szlag trafia przy osobie Adriana. Wył i wył, krzyczał, gryzł, kopał, szczypał. Po 40 minutach uratowała mnie siostra Odile zabierając Adriana do wanny. Z daleka ode mnie ochłonął i po 3 minutach znowu był moim bff.
Ja natomiast byłam poobijanym, pogryzionym i potwornie zmęczonym kłębkiem nerwów i jak tylko Mathilde wróciła poszłam pomagać gdzie indziej, popijając zieloną herbatę.

Dzisiejszy dzień miał dwa super ważne wydarzenia: złożenie trampoliny (yesssss!) i przyjazd Mimi. O Mimi słyszałam od Charlotte, gdy wczoraj ze smutkiem tłumaczyła Paulowi, że bardzo go lubi, ale od jutra już się nie będzie z nim bawić, bo przyjeżdża jej ukochana kuzynka. Mimi jest rówieśniczką Cha Chou. Jest córką kolejnego syna Odile i Patricka - Emanuela i przyjechała z nim i swoim starszym bratem Anzelmem oraz kuzynem wczoraj późno wieczorem. Mimi jest jak druga Charlotte - tylko jeszcze słodsza ;) Od 7 rano WSZYSTKO robiły razem: mycie zębów, śniadanie, wożenie lalek, chowanie się w szafie, puzzle, pływanie w basenie, skakanie na trampolinie, jedzenie, kąpiel, spanie... Gdzie Charlotte tam i Mimi - obie w sukienkach w paski i kapeluszach z koralikami na szyi i kokardkami we włosach. Czteroletnie księżniczki! :)



 Z pamiętnika au pair: dzień 11
Obrót spraw o 180 stopni. Adrian co prawda znowu mnie ugryzł i teraz mam ślad nie tylko na palcu ale i na dłoni, ale generalnie dzień przeszedł znacznie spokojniej. Zwroty akcji zaczęły się po 14 od przyjazdu Gwena. Historia jest taka, że Gwen był na erasmusie w Łodzi w zeszłym roku i po wspólnej majówce i openerze ciężko mi było dojść do siebie i pogodzić się z myślą, że nikłe są szanse na nasze kolejne spotkanie. Jaka jest szansa, żeby znaleźć pracę jako aupair 15 minut od miejsca, w którym spędza wakacje? Pewnie bliska zeru, ale zdarzył się cud i o - moją dzisiejszą przerwę spędziłam z Gwenem zwiedzając port.




Po powrocie kolejne zwroty akcji: przyjechała Caroline z dwoma synami: Giovanim i Pietro oraz ich dwoma kolegami. Chłopcy mają 13 i 15 lat (słowo daje, wyglądają na więcej, szczególnie że znacznie mnie przerastają) i są dwujęzyczni (yeaah!). Przywitali mnie szalenie uprzejmym Bonjour (boże, boże, naprawdę jestem stara), ale myślę, że są perspektywy, że się jakoś względnie dogadamy. Na konto ich przyjazdu Mathilde zarządziła grę w Gamela (zasady trochę jak w naszym chowanym-zaklepywanym, tylko jeszcze bardziej upierdliwe dla szukającego).

Podczas kolacji przyjechał ostatni syn Odile i Patrcika: Jean Baptiste ze swoją kobietą Caroline (boże jaka piękna!) i dwójką dzieci (w komplecie do Arthura, który przyjechał przedwczoraj z Emanuelem, Anzelmem i Mimi). Dwie godziny później dojechał jeszcze Yann (mąż Mathilde) i Pierre oraz moja rówieśniczka - Amerykanka Miranda, która przyjechała w odwiedziny do Perrine na weekend.
Kolacja była szalona, bo wszyscy przygotowują się na urodziny Patricka: ułożyli piosenkę, szykują kolację - generalnie pełen wypas, a obrady trwały od 21 do 20 po północy. Do tego planowane są rodzinne rozgrywki w piłkę nożną...
Cudownie jest mieć taką wielką rodzinę. 

Z pamiętnika au pair: dzień 12
Od rana szaleństwo z malowaniem laurek. Wielki stół został obłożony folią, dzieciaki miały na sobie narzutki do malowania lub śliniaczki (nie uchroniło ich to w absolutnie ŻADNYM stopniu), a przed nimi leżało mnóstwo kartonów, pędzelków i farb. Obrazków powstało ponad 20, większość jeszcze ciągle schnie, ale zabawa była przednia.


Mimi, Manon, Adrian, Charlotte
Później zaczęło padać i padało nieprzerwanie do 17. Dorośli gotowali i knuli w domach, a dzieci oglądały Atlantydę. Jak tylko przestało podać Caroline zorganizowała treasure hunting. Szkoda o tyle, że ja szykowałam swój na poniedziałek... muszę wymyślić coś innego.

Tomtom, Anzelm, Manon & Mimi
Thomas vel. Tomtom
Zaraz potem zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Dziadek z kilkoma innymi osobami został wywieziony w siną dal do... helikoptera. W tym czasie cała rodzina się przebrała w niebieskie koszulki "Papi fan club" i czekała na helikopter układając z siebie 75. Papi przyleciał, wzruszył się, małe, niebieskie smerfy zostały nakarmione i zaczął się ciąg dalszy: szampan i piosenka dla dziadka (stara francuska piosenka z autorskim tekstem Emanuela), a potem kolacja-niespodzianka: ostrygi, langustynki, krewetki, cukinia zapiekana z serem pleśniowym i tarta z jabłkami oraz ciasto czekoladowe. Wszystkie kolory wina... Wzruszyłam się dzisiaj kilkanaście razy takie to wszystko było słodkie. Przy kolacji siedziałam z "młodymi": Pietro, Giovanim i ich kolegą Pierrem. Było szalenie miło, bo miałam okazję więcej z nimi pogadać (angielski, uff!). Niesamowicie fajne chłopaki :) 
Padam z nóg - kolejny dzień z rzędu nie miałam przerwy poobiedniej. Do tego się rozchorowałam. Straciłam zupełnie głos - to nie za dobrze przy opiekowaniu się tyloma dzieciakami.




kolacja smerfów


Z pamiętnika au pair dzień 16 - powrót do Paryża
Siedzę w pociągu. Gnam TGV z Auray na Gare Montparnasse. Marta ma na mnie czekać. Mam ze sobą zarobioną kasę i śliczny szalik od Caroline. Najcudowiejsze, że mam też tradycyjną rodzinną bluzę - prezent od Mathilde. Ugryzienie na palcu od Adriana i smutek w sercu - szczerze pokochałam tę rodzinę. Pokochałam całą bandę zdrowo pokręconych ludzi, którzy wynajmują helikoptery, śpiewają stare piosenki i jak kretyni przebierają się na swoje własne rozgrywki olimpijskie (Caroline zorganizowała kilka dyscyplin, a każda z 3 drużyn <zieloni, fioletowi, pomarańczowi> musiała przygotować dekoracje w odpowiednim kolorze i się w niego przebrać - WSZYSCY potraktowali temat super serio>).







Manon




Thomas

Charlotte 

Adrian & Gio

Szczerze zazdroszczę tych kolacji na 19 osób, niekończących się wspomnień przy winie, wycieczek na naleśniki i zabaw w basenie. Pozwolili mi poczuć się jak członek rodziny - pokochali i zaakceptowali od samego początku. I błyskawicznie pochłonęli mój sernik :) Całą blachę! 
Będę tęskniła.

Czy było warto? Było. Miałam prawdziwe wakacje z dala od wszystkich trosk, problemów i internetu ;P Zmęczyłam się, ale też odpoczęłam. Przypomniałam sobie jak się mówi po francusku i zrobię wszystko, żeby tego znowu nie zapomnieć. Raptem dwa tygodnie, a ja czuję się jakby spadło na mnie kilka lat życiowych doświadczeń. No i umiem zmienić pieluchę biegnącemu dziecku - a to jest nie lada umiejętność!
Czy wciąż chcę mieć dzieci? Zapytajcie mnie za miesiąc ;)

Wednesday, 22 February 2012

Le dîner est servi [3] (vel. gastrofaza)


Nieustająco ulatujących wspomnień ciąg dalszy. Na dzisiaj mój ulubiony proces - podawanie posiłków. Oczywiście pan D. wszystko przygotowywał, ale o ile pierwszego dnia moja rola w samym szykowaniu posiłku była znikoma, o tyle pod koniec zostawiał mi nawet doprawianie sałaty (kto myśli, że brzmi to wcale nie poważnie, ten nigdy nie był w kuchni z perfekcyjnym, starym kawalerem, który wszytsko sam robił najlepiej).Kiedy wszyscy powoli zbierali się do stołu, ja stawiałam koszyczek z pain grille, wodę (musiała być dość zimna, więc stawiałam ją na stół w ostatniej chwili), vin rose (dla pana Generała, o którym kiedy indziej), cidre i vin blanc. Co ciekawe, później stawiałam też puszkę piwa przy jednym nakryciu. Oni się usadzali, a ja szybko wracałam do kuchni.

Kiedy wszyscy siedzieli, rozlegał się dzwoneczek, a ja wnosiłam przystawkę. Do numerów popisowych pana D. w tym temacie należała zapiekanka z cukinii, którą osobiście bardzo lubiłam. W mniej optymistycznej wersji, podawałam zapiekankę z kraba (dodatkowy widelec, więcej do sprzątania). Ze 2 razy zdarzył się melon (wtedy wcześniej miałam zabawę w przygotowywanie ich), pomidory z mozarellą, raz tylko jeden jedyny była zupa i to chłodnik.
Po przystawce znowu dzwoneczek, zabierałam danie ze stołu i na tacy wynosiłam czyste talerze. Tacę stawiałam tuż koło wyjścia z kuchni, na ganku, po czym brałam jeden (JEDEN!) czysty talerz, podchodziłam do jednej (JEDNEJ!) osoby i zamieniałam jej talerze. Brudny talerz (jeden rzecz jasna) odnosiłam na ganek. I od początku... dopóki wszyscy nie mieli zmienionych talerzy. Wtedy dopiero mogłam wnieść kolejne danie.

W daniach głównych, moim skromnym zdaniem, the best of the best stanowiły faszerowane pomidory. Co prawda mam przepis, ale wciąż jeszcze nie zdobyłam się na to, żeby kupić wystarczająco duże pomidory i się w to pobawić, bo to dość czasochłonne. Najczęściej jednak pan D. podawał mięso, które mi nigdy nie smakowało, z tego prostego względu, że było niemalże surowe (tak dla kontrastu z pain grille zdaje się :)). Czasami robił rybę i wtedy moim zadaniem było oddzielenie mięsa od skóry. Nie byłoby to takie złe, gdyby nie fakt, że nic na świecie bardziej mnie nie obrzydza niż ryby właśnie ;P Jak miał mało czasu, albo kryzys weny, to wtedy robił tartę z serem i pomidorami.
Do mięsa zawsze były warzywa: sałatka z fasolą, albo sama fasola (która w ogródku pani D. przybierała gigantyczne rozmiary), sałata z sosem vinegret i ogórkami, pomidory albo moje ukochane smażone bakłażany (w tym miejscu daruję sobie facebookowe serduszko, choć zdecydowanie powinno się tu znaleźć, bo bakłażany darzę miłością ogromną. Pragnę jednak wspomnieć przy okazji bakłażanów, że Filip je bardzo lubi ;D). Z takich dziwniejszych rzeczy, to zdarzył się panu D. szpinak przygotowywany we frytkownicy, czyli na głębokim oleju. Nie smakował zupełnie jak szpinak, ale zdecydowanie było to coś niezbyt często spotykanego :) Zawsze w niedzielę były frytki (też oczywiście własnoręcznie krojone, nie z mrożonki ;)), kilka razy pojawiły się podsmażane talarki z ziemniaków, które znikały ze stołu z prędkością światła (to było jedyne danie, które pand D. kazał mi nałożyć najpierw sobie, a dopiero potem wnieść na stół, bo wiedział, że inaczej nie będę miała szansy ich nawet spróbować - niezależnie od przygotowanej ilości!). Po głównym daniu znowu następował proces zmiany talerzy.

Oczywiście kolejność osób też była dokładnie ustalona, ale o tym wspomnę przy okazji serwetek ;))
Po daniu głównym wnosiłam sery. Niektórzy sery jedli, inni nie. Czasami jakiś ser znikał od razu na jednym posiłku, innym razem jakiś jedli przez 3 dni. Nie pytałam o nazwy - wystarczyły mi kształty i doznania zapachowe ;P Z czasem zaczęłam sama próbować (także prócz bakłażanów, to drugi sukces wyjazdu do Francji - pleśniowym serom teraz już mówimy zdecydowane tak :)). W tym momencie rozlegał się dzwoneczek i pan de V. uprzejmie prosił mnie, żebym przy
niosła mu masło. On pain grille zjadał z masłem. Po pierwszych 3 posiłkach zawsze już szykowałam masło, co dla mnie było po prostu mniejszym kłopotem, natomiast pan D. stwierdził, że to bardzo urocze, że pamiętam o upodobaniach pana de V.

Po serach następowały desery. Madame D. robiła przepyszne ciasto z gruszkami. Najczęściej w roli deseru występowały lody - w pełni homemade z owoców z ogródka. Dlatego smaki zależały od tego, co tam akurat zebrali. Pierwszy raz w życiu jadłam na to konto lody jeżynowe (nie polecam, były bardzo cierpkie). Pamiętam też, że zdarzył się słodki jogurt ze świeżymi owocami. Nigdy nie zjadłam chyba tylu malin, ile przez te 3 tygodnie :) Natomiast smak jak prosto z kuchni mojej mamy to tarta z kruchego ciasta, świeże maliny (a jakże!) i bita śmietana. Pan D. przez cały dzień się mnie pytał czy lubię creme chantilly. Zupełnie nie wiedziałam co to za krem jest, a że nie wracałam do pokoju, żeby sprawdzić w słowniku, to nie dawało mi to spokoju. Z czasem wyszło, że chodziło po prostu bitą śmietanę :) Nie była to jednak śmietana z proszku czy z kartonika, tylko najprawdziwsza z prawdziwych bita śmietana, której przygotowanie zajmowało całkiem sporo czasu.
Z okazji urodzin Blanche, pan D. zrobił ciasto czekoladowe, co do którego zawartości kalorycznej mam spore obawy. Zdaje się, że poza jajkami i kakaem jego głowny składnik stanowiło masło. To było zdecydowanie ciasto z gatunku tych, które to są 'chwile w ustach, lata w biodrach' :) Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że ktokolwiek potrafił się temu ciastu oprzeć ;)
Moje najcudowniejsze kulinarne wspomnienie (a cudownych wspomnień jak widać mam całkiem sporo, bo pan D. niesamowicie dobrze gotował) stanowi jednak tiramisu. Przygotowywane od podstaw, żadnych półproduktów. Biszkopty, mocna kawa, jakiś alkohol, mascarpone, dobrze ubite białka, woda podgrzewana do 120 stopni (tak, da się tak, stałam z termometrem i mierzyłam :P)... W wersji pana D. było to wybitnie czasochłonne ciasto ;P Jako że to w końcu 'poderwij mnie', to i rozmowy o nim wspominam bardzo ciepło, ale to też z czasem ;P

Jeśli po tiramisu byłam w niebie, to nie wiem jakimi słowami opisać truskawkowe tiramisu. Biszkopty poza masą kremową, przekładane były zmiksowanymi truskawkami. Na wierzchu, zamiast kawy, były natomiast wiórki białej czekolady. Po pierwszym razie, uczciwie się przyznałam panu D., że jest to najcudowniejsze ciasto jakie jadłam w życiu.
Raz kiedyś zadzwonił, a jak weszłam, to wszyscy się na mnie patrzyli (było to dziwne, bo na ogół starali się mnie uprzejmie ignorować). Ze smutkiem zauważyłam, że nie trzyma wcale w ręku restzki mojego ulubionego ciasta, uznałam więc że musieli całe zjesć. Jak się zapytałam w czym mogę pomóc, wtedy pan D. wyciągnął zza siebie ostatni kawałek mojego ukochanego deseru.
Mogę się tylko domyślić jaką miałam minę w tym momencie, bo wszyscy wybuchnęli śmiechem. Pan de V. powiedział wtedy, że nie mogliby zjeść tego kawałka, wiedząc, że straciliby widok takiego uśmiechu :)

Sytuacja ta miała miejsce dokładnie w połowie mojego pobytu w domu pana D. Wtedy to, w obecności masy ludzi, masy pracy, potęgującego się zmęczenia, uznałam, że chyba jednak lubię to miejsce, lubię tych ludzi, oni lubią mnie... i ciężko będzie wyjechać. Tak właśnie przez żołądek do serca Agać została pokonana... tiramisu truskawkowym.


(uprzedzając złośliwe sugestie^^ Taki posiłek, z 4 daniami jedzono dwa razy dziennie. Moje śniadanie stanowił zawsze jogurt, ew. ryż z mlekiem. Nie jedząc nic międz posiłkami... No dobra... Nic poza malinami ;P Mimo obżerania się na obiad i kolację udało mi się schudnąć ponad 3 kilo. Uznałam zatem, że francuski tryb jedzenia bardzo mi służy :P)

(a co do tiramisu... niech no tylko pojawią się porządne truskawki i rozpocznę eksperymenty w celu stworzenia chociażby marnej imitacji ósmego cudu świata)

Monday, 30 January 2012

Pain grillé [2]


10 sierpnia, środa. Godzina nieprzyzwoicie wczesna. Przed piątą z tego co pamiętam. Po cichutku się zebrałam, żeby nie budzić współlokatorek i rozpoczęłam moją samotną podróż. Cały czas stresowałam się niemiłosiernie. Na swojej drodze widziałam milion tysięcy wyzwań, które musiałam pokonać jeszcze przed 10 rano!
Najpierw autobusem na Porte d'Orlean, potem wejście do metra. Szlag by to! Walizka nie chce przejść przez bramki, a jest o jakieś 15 kilogramów za ciężka, żebym mogła ją przenieść górą. Jedyny człowiek z obsługi nie ma klucza, żeby otworzyć mi szeroką furtkę. Po kilkunastu minutach szarpaniny jakiś staruszek wychodzący z metra specjalnie wchodzi jeszcze raz, żeby przytrzymać mi szerszą bramkę dla wychodzących. Kilka minut w linii numer 4 i wysiadam na Gare Montparnasse, pojawiającym się we wszystkich naszych opowieściach z Francji jako miejsce, gdzie (podobno) jest jeden z największych klubów w Paryżu i gdzie miejsca miała legendarna już pogawędka z przemiłą policjantką. Samo przejście z metra na dworzec jest wyzwaniem. Stacja jest ogromna, po drodze muszę pokonać jakieś nieprzyzwoite ilości schodów. Walizką poobcierałam sobie do krwi kostki. W tym momencie właśnie przyrzekłam sobie, że nigdy więcej (po raz drugi już tego dnia ;P). Na szczęście mój wrodzony talent to przedwczesnego panikowania się przydał, bo mogłam dotrzeć na pociąg przed czasem.
Pierwsza w życiu podróż TGV! Super sprawa, coś pięknego, walizkę tym razem sama wniosłam, ale o włożenie jej gdziekolwiek poprosiłam pierwszego napotkanego mężczyznę. Miejsce miałam przy oknie, co bardzo mnie ucieszyło, bo mocno liczyłam na podziwianie francuskich krajobrazów na linii Paryż - Poitiers. Nie przewidziałam tylko jednego... miałam miejsce tyłem! To informacja z pozdrowieniami dla mojej choroby lokomocyjnej ;) Bardzo bolały mnie uszy całą podróż i jak udało mi się dotrzeć do Poitiers to byłam najszczęśliwszą osobą na swiecie.
Tam czekała mnie przesiadka (noszenie walizki po schodach <3) ale bez większych kłopotów znalazłam pociąg do Montmorillon. Pociąg... HEH. Nie wiem jak tam wyglądają pociągi pierwszej klasy, ale ten którym jechałam nijak miał się do jakiegokolwiek pociągu, którym zdarzyło mi się podróżować kiedykolwiek.
Stacja na której wysiadłam nie była większa od stacji w Żakowicach. Na peronie nie było nikogo, w budynku nikogo, na parkingu nikogo. Nie będę przytaczać moich niecenzuralnych myśli w tym momencie, ale dość czarno rysowała się moja przyszłość, bo wszystkie moje oszczędności przy dobrych wiatrach wystarczyłyby na bilet powrtony do Paryża i niewiele więcej. Czekałam więc cierpliwie i czekałam aż po dwudziestu minutach się doczekałam.


Przyjechał całkiem spory samochód. Wysiadł z niego chłopak tak trochę po dwudziestce. Fryzura z przedziałkiem, włoski gładko ulizane, spodnie od garniuturu, na nogach lakierki, koszula ze spinkami, duży zegarek... Powiedział do mnie strasznie dużo słów, z których złapałam tylko nazwisko pana de V. Rozczarowałam się niemiłosiernie, bo pomyślałam, że to musi być chłopak z grzyweczką, tylko no kilka lat później. Wsadził moją walizkę do bagażnika (też wcale nie bez trudu ;P) i pojechaliśmy. Powiedzieć że rozmowa się nie kleiła to mało. Nie próbował nawet angielskiego. Zadał mi uprzejme pytanie o podróż i wrażenia z Paryża. Odpowiedziałam. I przez kolejne pół godziny miałam kompletną pustkę w głowie w kwestii jakichkolwiek francuskich słów. Żenująca podróż. Do tego po jakimś czasie poczułam jego perfumy. No myślałam, że wyjdę z siebie, bo to był TEN zapach (czyli zapach bardzo charakterystyczny, miło się kojarzący, który rozpoznam zawsze i wszędzie... no po prostu TEN ;P). Jak się okazało później, sama podróż miała być dopiero początkiem ciągłych stresów. Po raz pierwszy jako taką ulgę poczułam dopiero 6 dnia, ale i do tego dojdę ;P



Dojechaliśmy na miejsce. Gwarantuje, że nie jesteście sobie w stanie wyobrazić mojej miny jak zobaczyłam to, co na zdjęciu. Automatycznie przyszło mi do głowy takie zgrabne zdanie: "Morderca ciągle jest w tym domu", ale no zwyczajnie nie mogłam się pozbyć skojarzeń z kryminałami mojej ukochanej Agathy Christie.

Przywitał mnie pan de V. i przeprosił, że musiałam czekać. Przedstawił mnie gospodarzowi, panu D. Pan D. był szpakowatym mężczyzną, którego na pierwszy rzut oka oceniałam na dużo młodszego od pana de V. Z czasem jednak musiałam przyznać, że musi być po czterdziestce i to sporo. Miał zamszowe mokasyny, proste spodnie i różową koszulę z podwiniętymi rękawami. Pomyślałam sobie ironicznie, że pewnie te podwinięte rękawy to objaw tego, że są tu na wakacjach i jest tak "luźno" - myślę, że śmieszyłoby mnie to jeszcze bardziej, gdybym wtedy wiedziała ile było w tym prawdy ;P
Weszliśmy do domu, pokonywaliśmy dużo drzwi, potem dwa piętra drewnianych krętych schodów, i na samiutkim końcu długiego korytarza na najwyższym piętrze znajdował się mój pokój. Pozwolę sobie zaprezentować zdjęcie. Jest to screen z filmu, więc jakości tragicznej, a do tego perfekcyjnie widać na nim burdel, który udało mi się tam zrobić ;P

Tak wyglądał pokój od wejścia. Po lewej stronie był kominek, a nad nim lustro, a po prawej, otwarte drzwi od szafy zasłaniają drugie łóżko. Dostałam kilka minut, żeby się przebrać i miałam zejść na dół.
Pan D. nie mówił po angielsku. Nic, a nic. Wszytsko po francusku. Za to powoli i wyraźnie. Jak czegoś nie rozumiałam to powtarzał wielokrotnie, używał synonimów. Oprowadził mnie po domu. Byłam zbyt zaaferowana, żeby łapać cokolwiek, zresztą średnio rozumiałam po co mi pokazuje wszystkie sypialnie i łazienki, bo przecież nie miałam być fille de menage. Kiedy zeszliśmy na dół, do kuchni, poznałam mamę pana D., zwaną dalej Madame D.
Madame D. miała dwie twarze - kuchenną i wyjściową ;) Była koło 70tki, bardzo drobna i szczupła. W ciągu dnia można było zobaczyć ją w spódnicy i bluzce lub sweterku, z luźno, niechlujnie pospinanymi włosami. Natomiast w wersji wyjściowej, którą przybierała do każdego posiłku, obowiązkowe były obcasy, naszyjniki, duże klipsy, efektowne uczesanie z wpiętymi ozdobami, broszki i kolorowy makijaż. Z początku wydała mi się dość nieuprzejma i protekcjonalna.

Pan D. wyjaśnił mi godziny posiłków i wytłumaczył, że jak jest ciepło to jedzą na zewnątrz - przy stole ustawionym niedaleko wyjścia z kuchni. Poszliśy też do ogordu, bo musiał pokazać mi gdzie rośnie pietruszka, bazylia i szczypiorek. Spojrzałam na zegarek - była 10:30, a ja już byłam koszmarnie zmęczona.
Wtedy dopiero się zaczęło! Od kiedy tylko zeszłam na dół non stop było coś do roboty. Praca w kuchni przez wszytskie dni wyglądała identycznie - z czasem tylko przybywało mi obowiązków ;P Później musiałam nakryć do stołu do dejeuner (pan de V. nazywał to lunchem, ale bardziej trafne będzie określenie "pierwszy obiad"). Wszystko zaczynałam od rozłożenia dwóch parasoli nad stołem. Pierwszego dnia, w ogóle nie mogłam sobie z tym poradzić, później złapałam technikę i szło mi to szybko, ale i tak codziennie obcierałam sobie ręce. Potem trzeba było przestawić cholernie ciężkie krzesła, żeby wszytsko było perfekcyjnie symetrycznie. Następnie podkładki na stół, pierwsze talerze, szklanka i sztućce. W tym miejscu po raz pierwszy pan D. uśmiechnął się do mnie z politowaniem, a ja się czułam jak ostatnia kretynka. W życiu bym na to sama nie wpadła, ale widelce musiały leżeć do góry nogami, żeby było widać herby.
Ah no bo oczywiście sztućće miały herby. Nawet sztućće "kuchenne". Ale pomylenie jednych z drugimi to było niewybaczalne faux pas. Były jeszcze sztućce śniadaniowe, które nie miały herbów i były całkowicie normalne, stanowiły więc jedyne sztućce, z których odważyłam się korzystać przez 18 dni.
Do tego na stole świeże kwiaty, dwa dzbanki wody, sól i pieprz oraz najistotniejsze: dzwonek. Całkiem spory, potwornie ciężki dzwonek, który stał koło nakrycia pana D., żeby nie musiał wołać mnie po imieniu, tylko mógł zadzwonić. Jakież ułatwienie, prawda? :P
Sprawa niesamowicie ważna - pain grille. Do każdego posiłku musiałam podawać grzanki. Gdy nie było serów, to grzanki w liczbie kromka na osobę plus 3. Gdy były sery, to liczyłam sobie ich potrzebną ilość według wzoru: liczba osób *1,7 (zaokrąglane w górę) + 3. Takie miałam wesołe zagadki przy tosterze. Toster był okropnie stary i ciężki. Jak zrobiłam grzanki, które ja bym była w stanie zjeść, to usłyszałam, że ten pain nie jest grille - oni preferowali prawie że czarne.
Z pain grille też wesoła sytuacja, bo Madame D. twierdziła, że piętki i takie maleńkie kromeczki z chleba też koniecznie trzeba zgrillować, podczas gdy pan D. tego zabraniał, tłumacząc że ciężko je później z tego zabytkowego tostera wyciągnąć. Pierwszego dnia jednek trafiłam na Madame D. w kuchni i zaskutkowało to poparzonymi palcami, bo niewyciągnięcie kromki z tostera, no to dramat i zadymiona cała kuchnia.
Wszystkie posiłki mogłam zjeść dopiero jak przyniosłam danie ze stołu, sama, w kuchni. Na ten swój pierwszy posiłek zjadłam wyłącznie deser w postaci lodów, bo cała reszta była zimna i kompletnie nie zachęcala mnie choćby do spróbowania (nie żeby lody były ciepłe ;P).
Sprzątanie po posiłku, prasowanie. Godzina przerwy. Czyszczenie kuchni, wypakowywanie zmywarki, przygotowanie kolejnego posiłku, podawanie do niego (diner - godzina 20) i sprzątania po nim, mycie całej kuchni... Pierwszego dnia już o 22:10 wtoczyłam się na górę i płacząc rodzicom do słuchawki zdałam sobie sprawę, że ja tego nie wytrzymam.

Nie wytrzymam bo gdy nie byłam u siebie w pokoju, to nawet nie usiadłam na moment. Ba! Nawet nie stałam na moment. Bałam się sięgnąć po szklankę wody. Non stop miałam coś do roboty, jako perfekcjonistka bałam się, że coś zrobię źle. Do tego talerze które nosiłam wcale nie były lekkie, obtarte ręce od parasola, oparzone od tostera. Cały dzień spędzałam tylko z panem D. i Madame D., którzy mówili tylko po francusku. Kto tego nie przeżył ten nie wie jak okropnie frustuje niemożność wyrażenia jakiejkolwiek myśli. Wcale też nie pomagało, że słyszałam jak Madame D. mówi o mnie 'la petite polonaise', tonem, jakbym była przeszkadzającym meblem. Że moje pytania elegancik z grzyweczką kwituje tylko głupawym uśmiechem i że do jasnej cholery nie znam nazw sztućców po francusku!
A musiałam się uśmiechać i zapewniać, że wszytsko wspaniale.

Mój tata do tej pory wspomina z jakim przerażeniem mnie pocieszali. Płakałam, bo musiałam wyrzucić z siebie wszystkie emocje skumulowane przez cały ten okropny dzień uśmiechania się.
Miałam jednak tą świadomość, że nic się nie dzieje, że jestem cała zdrowa i ja tu tylko pracuję.
Nie ukrywam jednak, że przekonanie samej siebie, że mogę się czuć trochę swobodniej też zajęło mi kupę czasu ;)



Odżyły wspomnienia. Nie mogłam wczoraj spać do 4, bo co chwila mi się przypominało coś innego, o czym zapomniałam. Na podstawie filmów, zdjęć i smsów udało mi się dojść do tego co kiedy i którego dnia. Żaden opis jednak już nie będzie tak wyczerpujący jak ten, bo też żaden dzień nie niósł ze sobą tylu przerażających nowości.